2 Obserwatorzy
4 Obserwuję
ludzkasokowirowka

Ludzka sokowirówka

Szczere recenzje na temat tego, co jest na mojej półce i nie tylko.

Teraz czytam

Zombies vs. Unicorns
Garth Nix, Libba Bray, Maureen Johnson, Naomi Novik, Kathleen Duey, Meg Cabot, Carrie Ryan, Diana Peterfreund, Justine Larbalestier, Margo Lanagan, Cassandra Clare, Holly Black, Scott Westerfeld

Vampire Knight tom 1

Vampire Knight tom 1 - Hino Matsuri Moja przygoda z japońszczyzną niejako rozpoczęła się od tego tytułu. „Vampire Knight” to seria, do której mam ogromny sentyment – kiedy wychodziła wampiry jeszcze nie były tak popularne jak teraz, a ja nie czułam się skażona tymi istotami. To pozwoliło mi też na pełne cieszenie się tego typu rozrywką. Nie mogło zatem zabraknąć „Vampire Knight” na mojej półce, gdy znowu zaczęłam czytać mangi. Hino Matsuri jest japońską artystką, pochodzącą z Hokkaido. Debiutowała w 1995 roku na łamach magazynu LaLa DX tytułem – „Ko no Yume ga Same Tara” (angielskie „When the dream is over”). Znana jest najbardziej z serii „Vampire Knight”. Kurosu to jedynie z pozoru normalna szkoła z dwoma systemami zajęć – dziennych i nocnych. Tego typu podział jest niezbędny, by utrzymać w tajemnicy, iż pod dachem tej placówki uczą się nie tylko ludzie, ale również wampiry. Jednak środki ostrożności na tym się nie kończą. Sekret, kryjący się za murami Akademii Kurosu, jest strzeżony przez Yuki Kurosu oraz Zero Kiryu. Jednak to, co wydawało się tak dobrze im znane, nocne patrole i ciągła obserwacja może z czasem zmienić się w coś bardziej niebezpiecznego. Okazuje się bowiem, że istnieją tajemnice, o których nawet oni nie mieli pojęcia. Nie miałam wielkich oczekiwań, co do tej mangi. Pamiętając oglądany wiele lat temu „Vampire Knight” oczekiwałam sentymentalnej podróży do czasów, gdy jeszcze uważałam się za dziecko i to też otrzymałam. Warto bowiem dodać, że historia faktycznie nie jest wyjątkowo ambitna i można ją zaliczyć do tych nad wyraz przewidywalnych – przynajmniej w pierwszym tomie. Fabuła bowiem nie jest skomplikowana – łatwo można domyślać się kolejnych zwrotów akcji, gdyż autorka daje ku temu jasne sygnały. Z drugiej strony czy ktoś oczekiwałby po takiej pozycji czegoś wyszukanego? Liczyłam na dobrą rozrywkę, której potrzebowałam. Manga trzyma odpowiedni klimat shōjo, a ponadto potrafi rozbawić i oczarować swoją oprawą graficzną. Tego natomiast nie można odebrać Hino Matsuri – jej kreska jest prześliczna i widać, iż idealnie panuje nad swoją historią. Rysunki są utrzymane w lekko mrocznej otoczce. Muszę przyznać, że nie jest to dokładnie styl, który lubię w mangach, jednak jest na tyle urokliwy, iż z przyjemnością przewracałam strony. Chociaż seria rysowana podobno w pewnym momencie zaczyna odbiegać od anime, początek nie wniósł nic nowego. Z drugiej strony – dla osób, które mają po raz pierwszy styczność z tą serią – jest naprawdę dobry, dokładnym wstępem. Niekiedy może odstraszyć „nadgorliwość” Hino Matsuri. Biorąc pod uwagę, iż manga ukazywała się w odcinkach w magazynie, bardzo często zdarzają się powtórzenia, które za drugim razem można zmilczeć, ale za trzecim oraz czwartym – irytują. Podejrzewam, że każdej osobie, która kiedykolwiek oglądała anime na podstawie historii Hino Matsuri, rzuca się od razu w oczy tłumaczenie samej Akademii Cross oraz nazwiska głównej bohaterki. Jest to mankament, który – choć wyjaśniony i pewnie nie jest błędny – psuje wrażenie osobom, które znają tę opowieść. Jest to pewna nieścisłość, przyzwyczajenie do starego, które bardzo psuła mi lekturę. Z pewnością będę czytać dalej „Vampire Knight” – ogłaszam to z niemałą pewnością. Nie ze względu na porywającą historię, która na razie taka nie jest, ale ze względu na wspomnianą już czarującą oprawę oraz… ciekawość. Jeśli natomiast macie ochotę na wampiry w innym, graficznym wydaniu, dawkę tajemnic oraz trochę cichego śmiechu to ta pozycja jest jak najbardziej dla Was. Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Zdążyć przed Panem Bogiem

Zdążyć przed Panem Bogiem - Hanna Krall Literatura faktu bardzo rzadko mnie porusza. Z tego też względu sięgam po nią tylko wtedy, kiedy muszę. Tak było też w przypadku reportażu Hanny Krall, który był kontynuacją moich zmagań z literaturą wojenną. Z pewną ulgą przyjęłam grubość tej „książeczki”. Byłam przekonana, iż prawdopodobnie „przerzucę” kartki lektury na tyle szybko, bym mogła o niej zapomnieć i zakończyć tym samym zmagania z tematyką, która towarzyszyła mi przez ostatnie tygodnie. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy po przeczytaniu książki zrozumiałam, że jest to najbardziej emocjonalna i wartościowa historia, na którą mogłam trafić w szkole. Hanna Krall jest polską dziennikarką i reportażystką żydowskiego pochodzenia. W trakcie wojny straciła rodzinę, a sama uniknęła śmierci – została wykradziona z transportu. Studiowała na Uniwersytecie Warszawskim dziennikarstwo. Publikowała w wielu czasopismach – chociażby w „Polityce”, czy „Gazecie Wyborczej”. Największą sławę przyniosła jej książka „Zdążyć przed Panem Bogiem”, czyli zapis bardzo osobistej rozmowy przeprowadzonej z Markiem Edelmanem, ostatnim żyjącym przywódcą powstania w getcie warszawskim. „Zdążyć przez Panem Bogiem” jest literackim dokumentem, swoistą biografią Marka Edelmana – zastępcy komendanta ŻOB-u, słynnego kardiochirurga. Przeprowadzona z nim rozmowa jest jednym z najważniejszych świadectw obrazujących likwidację getta warszawskiego. Dziennikarka stwierdziła, iż niedawno zmarły Marek Edelman miał ambicję, by „zdążyć” – czy to podczas wojny, czy też w swojej pracy lekarza – i prześcignąć Boga, dodając człowiekowi miesiąc, może dwa miesiące życia. Książka ta cieszy się dużą popularnością nie tylko w Polsce, została również przetłumaczona na wiele języków. Już od pierwszych stron „Zdążyć przed Panem Bogiem” wiedziałam, iż będzie to lektura inna niż te, które miałam okazję poznać. Uderzył mnie przede wszystkim styl pisania czy też raczej rozmiejscowienie akcji – autorka bowiem, tak jak to w rozmowach bywa, nie zachowuje żadnej chronologii. Ten zabieg ma zarówno swoje zalety, jak i wady. Wydarzenia, o których jest mowa w tekście, miały miejsce dawno i nie są nam tak bliskie. A spora dawka informacji wraz z dygresjami powoduje, że trudno jest nam je umiejscowić na osi czasu. Z drugiej strony trudno odmówić Hannie Krall doskonałego warsztatu dziennikarskiego. Autorka niczego nie upraszcza, przedstawia rozmowę taką, jaką w rzeczywistości ona była. Ten brak chronologii prawdopodobnie jest zgodny ze swobodą wypowiedzi Edelmana i gonitwą myśli, jaka mu wówczas towarzyszyła. To niezwykle oszczędna w słowach, ale przez to bardzo wyrazista relacja naocznego świadka. Jednak to nie sam warsztat reportażu Hanny Krall sprawia, iż ta książka jest wyjątkowa. Odnoszę wrażenie, że zabieg językowy nie jest tak istotny, jak poruszająca do głębi historia. Ważne jest to, jak Edelman mówi o powstaniu w getcie. Nie postrzega tego wydarzenia w kategoriach wyczynu bohaterskiego, ale konieczność, która miała zagwarantować powstańcom godne umieranie. Temat godnej śmierci przewijał się przez cały utwór, powracając niczym refren – podobnie zresztą jak wspomniany wyścig z Bogiem. Samo ujęcie śmierci przez Edelmana jest niecodzienne, jednak całkowicie zrozumiałe. Śmierć ma mieć przede wszystkim wymiar ludzki. Fragmenty poruszające ten problem są chyba najbardziej wzruszające, prowadzą do wniosku, iż kilkadziesiąt lat temu wojna odbierała ten przywilej. „Była z nimi dziewczyna, Ruth. Siedem razy strzelała do siebie, zanim trafiła. Duża, ładna dziewczyna z brzoskwiniową cerą, ale zmarnowała nam sześć naboi.” Sposób mówienia o śmierci nie poruszył mnie już tak mocno w tekstach Borowskiego czy Herlinga-Grudzińskiego. Gorycz słów Edelmana sprawiła, że nie mogłam przejść obojętnie wobec sposobu przedstawienia bezimiennych ofiar. To, z jaką ironią mówił o Korczaku, którego wszyscy znają, wspominał dziewczynę, która poszła na śmierć za matką, powodowało, że byłam wstrząśnięta. Edelman wspomina anonimowych bohaterów getta, których my nie znamy – oni jednak istnieli, tak jak my istniejemy teraz. Niezwykłe ujęcie reportażu Hanny Krall sprawia, iż czyta się go z rosnącym zaciekawieniem. Mimo trudności związanych z ogarnięciem chronologii wydarzeń, nagle dostrzega się to drugie dno i celowość takiego zabiegu. I nie, nie jest to mankament, a ogromna zaleta. W zasadzie dopiero po przeczytaniu książki dociera do nas sens utworu, który zmusza do myślenia. Takich lektur, które odbierają niemal mowę, potrzeba zdecydowanie więcej. „Przecież nie piszemy historii. Piszemy o pamiętaniu.” Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Alicja w Krainie Serc t.1

Alicja w Krainie Serc t.1 - QuinRose, Hoshino Soumei Im bliżej matury, tym ciężej sięgać mi po powieści – wszelkiego rodzaju. Jest to przede wszystkim efekt zmniejszającej się ilości czasu. Z tego też względu – będąc na Pyrkonie – postanowiłam wrócić do jednej z moich dawnych pasji. Kilka mang tym sposobem zawitało na mojej półce. Pierwszą z nich była „Alicja w Krainie Serc”, która oczarowała mnie samą koncepcją – Alicję Carrolla bowiem wprost uwielbiam. Ten dzień nie zapowiadał przełomu w życiu Alicji. Spędzała ona czas w ogrodzie ze swą starszą siostrą. Jej myśli są smętne, a dodatkowe zmęczenie daje się we znaki. Nagłą drzemkę jednak przerywa jej królik – i to nie byle jaki. W stylowym kubraczku, okularach i z zegarkiem w dłoni. Zdecydowanie nie wygląda na zwykłego zajęczaka i w istocie nim nie jest. Zmienia się w chłopaka z króliczymi uszami i siłą zmusza Alicję do podróży. Młoda dziewczyna tym sposobem trafia do tajemniczego i niebezpiecznego świata. Dopiero po przeczytaniu mangi, zdałam sobie sprawę, iż pomysł na nią autorka nie wzięła z własnej głowy. Oprócz jawnego nawiązania do motywu Alicji, który jest dość dobrze zakorzeniony w kulturze, Soumei Hoshino posiłkowała się przede wszystkim grą komputerową – powieścią wizualną – stworzoną przez Quin Rose. Seria liczy sobie sześć tomów. W Polsce pracę nad Alicją podjęło się wydawnictwo Studio JG, w styczniu zeszłego roku zakończyli oni prace nad cyklem, który ukazał się w całości. „Alicja w Krainie Serc” to typowa manga shōjo, czyli skierowana głównie do młodych dziewczyn. Faktycznie, klimat tej historii raczej nie rozbawi miłośnika innego gatunku, chyba że ten szuka lektury do bólu odprężającej i nie wymagającej skomplikowanej fabuły. Muszę jednak przyznać, że zaskoczył mnie sam pomysł na główny wątek akcji w tej mandze. Alicja może wrócić do swojego świata, kiedy tylko spotka jak najwięcej osób z Krainy Serc. Chociaż wydaje się to proste, już z każdą kolejną stroną przekonywani jesteśmy, iż to tylko pozory. Mówiąc ogólnie o fabule to, jak wspomniałam, nie jest ona skomplikowana. Nie doświadczyłam podczas lektury żadnego zaskoczenia, ale też go nie oczekiwałam, więc nie mogę powiedzieć, iż się zawiodłam. Wszystko bowiem zapowiadało od samego początku, iż będę mieć do czynienia z przyjemną haremówką dla dziewczyn – to też otrzymałam. Z tego względu pierwszy tom „Alicji w Krainie Serc” skupiał się na przybliżeniu nam postaci, które… są naprawdę intrygujące. Alicja to jedna z niewielu mangowych bohaterek, które szczerze polubiłam. Jako młoda dziewczyna jest pełna energii i zapału, co sprawia że z takim samym zaangażowaniem jej kibicowałam. Z drugiej strony wydaje się być dość głupiutką postacią, jednak mam wrażenie, iż ciężko to ocenić po pierwszym tomie, który jest bardzo wyraźnym wstępem. Z kolei jeśli chodzi o postacie drugoplanowe – były one słabo zarysowane pod względem charakteru. Głównym hasłem do nich prawdopodobnie było słowo „tajemnica”, by zaciekawiony czytelnik chciał sięgnąć po kolejny tom. Niemniej to dobry zabieg, ponieważ po ich zachowaniu widać, że mają coś do ukrycia. To sprawia, że mam większe oczekiwania, co do kontynuacji, która zawitała na moją półkę niedawno. Warto dodać, że oprócz motywu innego, sennego świata w mandze Soumei Hoshino zauważymy też wyraźny topos theatrum mundi, co – chociaż jest niezwykle ciekawą koncepcją – jest również coraz rzadziej spotykane. Zasady, które rządzą Krainą Serc, dzielą ten świat na grających główne role i poboczne. Sugestywnie odzwierciedla to również sposób rysowania danych postaci – ci pierwsi poszczycić mogą się niezwykłą szczegółowością chociażby w ubiorze, natomiast drugoplanowi „aktorzy” nie posiadają nawet twarzy, są anonimowi. Sama kreska jest bardzo przyjemna dla oka, chociaż zdarzają się niedociągnięcia w tłach. Niemniej Soumei Hoshino widocznie skupiła się na postaciach, których stroje zadziwiają starannością wykonania i detalami. Jedyne co może razić to właśnie brak jednolitości w rysunkach – brakuje mi dbałości w kresce, gdy postacie znajdują się dalej. Ta niekonsekwencja psuje ogólne wrażenie. „Alicja w Krainie Serc” przede wszystkim spodoba się miłośnikom lekkich historii. To zdecydowanie manga dla dziewczyn, która niestety nie jest idealna, ale kiedy przymkniemy oko na mankamenty, potrafi rozbawić i wciągnąć. Z przyjemnością sięgnę po drugą część, która mam nadzieję wyjaśni mi więcej w związku z postaciami, a także grą, w którą wplątała się Alicja. Soumei Hoshino zainteresowała mnie i nabrałam apetytu na więcej – czekam na coś ekscytującego! Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Inny świat. Zapiski sowieckie

Inny świat. Zapiski sowieckie - Gustaw Herling-Grudziński Analizując literaturę wojenną, nie sposób nie wspomnieć o powieściach łagrowych. Po przeczytaniu utworów Tadeusza Borowskiego byłam pewna, że nic nie wstrząśnie mną tak, jak jego opowiadania oświęcimskie. Zmieniłam jednak zdanie, gdy poznałam twórczość Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Udowodnił mi, że sowieckie łagry mogą być nawet straszniejszą instytucją od niemieckich obozów koncentracyjnych, chociaż początkowo trudno było mi w to uwierzyć. Gustaw Herling-Grudziński urodził się w Kielcach, rok po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Debiutował na łamach „Kuźni Młodych” cyklem reportaży. Studiował na Uniwersytecie Warszawskim, a jego profesorem był między innymi Julian Krzyżanowski. Podczas studiów poświęcił się publicystyce społeczno-kulturalnej. W 1940 roku został aresztowany przez NKWD i wywieziony do łagru. Na podstawie tych przeżyć powstał „Inny świat”. Pierwszy raz „Inny świat” został wydany w Londynie – w czasach polskiego komunizmu była to książka zakazana, podobnie jak samo nazwisko Grudzińskiego. Powieść jest obrazem przeżyć obozowych autora – dokumentalną relacją z tamtego okresu. Pisarz zawarł w niej także historie ofiar, więźniów, których każdy dzień wyglądał tak samo, ale był walką o przetrwanie. „Inny świat” to także swoista lekcja historii, obok której nie można przejść obojętnie. Warto zauważyć, iż „Inny świat” to pełen obraz socjalizmu w jego najpodlejszej postaci, dokument, który obnaża totalitaryzm. Chociaż wielokrotnie słyszałam o podłości sowieckiego systemu, zawsze czułam, iż to naziści – hitlerowcy – byli, a także będą, największymi zbrodniarzami wszech czasów. Grudziński – przejmującą relacją z pobytu w obozie – zweryfikował moje poglądy na ten temat. Styl Herlinga-Grudzińskiego jest typowo publicystyczny. Jego tekst nosi wiele znamion reportażowej maniery. Być może to właśnie sprawiło, iż początkowo – po niełatwych, sarkastycznych utworach Borowskiego – trudno było mi przebrnąć przez pierwsze rozdziały. Autor bowiem mówi w sposób bardzo oziębły o realiach obozowego życia, które wstrząsają czytelnikiem. Ale ta reportażowa obojętność jest niezwykle specyficzna, bowiem porusza do głębi. Oprócz chłodnej stylistyki, nie można nie zauważyć, iż język Grudzińskiego nie jest łatwy w odbiorze. „Inny świat” charakteryzuje się łączeniem stylu niskiego z wysokim. Brutalny slang obozowy sprawia, że miejscami naprawdę trudno przerzucić stronę – nie wiem, czy to wynik udręczenia czytelnika obozowymi warunkami, czy też samego stylu narracji. Nie zgodzę się jednak z opiniami, by moralizatorstwo czy też próby wyjaśnienia niektórych sytuacji przez Grudzińskiego były mankamentem jego relacji. Być może była to forma pogodzenia się z faktami, które nas przerażają, a dla niego były rzeczywistością. Autor skupił się na przedstawieniu obozu w najdrobniejszych jego szczegółach – od zwykłego dnia pracy, poprzez opis instytucji, jakie znajdowały się w łagrze, a na relacjach między więźniami kończąc. Przez to, iż o najdramatyczniejszych wydarzeniach pisze niemal bezosobowo, ma się wrażenie, iż narrator jest jedynie postronnym obserwatorem, a nie uczestnikiem. Niełatwo oceniać czyjekolwiek wspomnienia, a także biografie. Bardzo rzadko wypowiadam się o tego typu książkach, jednak Gustaw Herling-Grudziński wręcz wymusił to na mnie. Czym? Jedną z bardziej poruszających relacji wojennych, która przekonuje mnie do tego, by mimo niechęci – zgłębiać dalej tego typu literaturę. „Niech pan pomyśli: tracę nadzieję, gdy odżywa we mnie pragnienie życia; odzyskuję ją na nowo, gdy odczuwam w sobie pragnienie śmierci” Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Villette

Villette - Charlotte Brontë Naprawdę lubię klasykę i gdy tylko mogę – sięgam po nią. Niekiedy czuję, że nie ma dla mnie barier gatunkowych, gdyż wiele takich książek podoba mi się, zachwalam je i chcę znaleźć więcej powieści danego autora. O siostrach Brontë słyszałam wiele zachęcających opinii, które utwierdziły mnie w przekonaniu, iż trzeba je poznać. Nie wahałam się, więc długo, gdy pokazała się „Villette” – ostatnia powieść Charlotte Brontë. Od tamtej pory z uporem przedzierałam się przez ogromne tomiszcze… dlaczego zajęło mi to tak długo? Charlotte Brontë była najstarszą spośród trzech sióstr. Wspólnie z nimi od wczesnych lat młodości pisała wiersze oraz opowiadania. Kiedy w Polsce trwała rabacja galicyjska, Brontë wydała pierwszy tomik poezji, których autorstwo przypisuje się też jej siostrom. „Villette” to jej ostatnia historia, którą można nazwać prekursorem powieści psychologicznej. Główną bohaterką „Villette” jest Lucy Snowe, która nagle traci wszystko – nie ma rodziny, bliskiej osoby, a także dachu nad głową. Pozbawiona perspektyw na dalsze życie w Anglii, podejmuje szaleńczą decyzję wyjazdu do Europy. Desperacko przyjeżdża do Francji – nie zna języka i w istocie nie jest pewna, gdzie powinna się udać. Przypadkiem trafia na pensję dziewcząt w tytułowym mieście – Villette. Uważa to za ogromne szczęście i stara się nie oczekiwać nic więcej od losu. Jednak ten ma jeszcze coś w zanadrzu. Lucy prowadzi zwykłe życie nauczycielki angielskiego, kiedy zdaje sobie sprawę, iż jest obserwowana. Chociaż opis przedstawiał emocjonującą fabułę, nie była ona taka. Nie można tego oczekiwać po powieściach psychologicznych. Brontë bowiem skupiła się na obrazie Lucy, jako osoby – to z jej perspektywy poznajemy świat i ją samą. Na tym drugim natomiast autorka skupiła się w głównej mierze. „Villette” to bardzo głęboki rys psychologiczny kobiety samotnej i zagubionej. Ciężko sprecyzować samą fabułę powieści – to po prostu powolnie przewijające się losy Lucy Snowe. Nie uświadczymy tutaj wartkiej akcji, czy akcji samej w sobie. Tempo wydarzeń jest niezwykle nużące – z tego też względu „Villette” to powieść dla pasjonata, który akurat w tym momencie chce zagłębić się w historię pełną głębokich przeżyć wewnętrznych, a nie zewnętrznych. Ta koncepcja, gdy analizujemy ostatnią powieść Bronte pod kątem psychologicznej, stawia ją w naprawdę dobrym świetle. Mnie niestety ten zabieg chociaż czarował na początku – po trzystu stronach zaczął usypiać. Językowi Brontë nie można jednak nic zarzucić. To naprawdę piękny styl – niezwykle dokładny i przejrzysty, a przy tym pełen jakiejś magii tajemniczości, która unosiła się wręcz z kartek. Brontë czaruje językiem i mogę śmiało stwierdzić, że to jej ogromny plus, o którym nie sposób nie wspomnieć. Autorka zagłębiała się w każdy szczegół, opisując je bardzo barwnie i obrazowo, co ma swoisty urok. Pierwszy raz miałam też okazję czytać pierwszą powieść ze słynnym strumieniem świadomości, polegającym na luźnych asocjacjach, które zazębiają się ze sobą. Technika ta ukształtowała się dopiero w XX wieku, natomiast powieść Brontë została wydana znacznie wcześniej. Przyznam szczerze, że taki monolog wewnętrzny bardzo dokładnie oddaje myśli człowieka, co też autorka udowodniła z pełną mocą. Lucy Snowe to powieść niezwykle złożona – gwarantuję Wam, że to jedna z niewielu takich postaci w całej historii literatury. Jako bohaterka charakteryzuje się „pięknym umysłem” – jest wnikliwą obserwatorką wydarzeń, dogłębnie przeżywa to, co ma miejsce wokół niej. Jest postacią zagubioną i samotną, przedstawioną w niezwykły sposób – jej zmienność w psychice jest naprawdę interesująca. Uważana jest za osobę bierną, łatwo poddającą się i nieudolną – w rzeczywistości prawda jest zupełnie inna. Lucy jest niezwykle spokojna – z łatwością przyjmuje drwiny, a także wszystkie złośliwości, świadczy to o jej ogromnej odwadze i sile. Posiada dwie twarze, które zostały bardzo dokładnie rozrysowane. Ogromnym mankamentem tej książki – mimo wszystkich zalet – jest brak jakiejkolwiek akcji. Rehabilituje jednak „Villette” piękny język oraz dokładna analiza głównej bohaterki. Ta powieść jednak – jak wspomniałam – jest dla pasjonatów, które lubią powieści psychologiczne w pełnej mierze. Ja z pewnością – mimo mieszanych uczuć – sięgnę po inne powieści sióstr i spróbuję na podstawie innych utworów ocenić ich twórczość, zwłaszcza Charlotte Brontë. Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Mroczne umysły

Mroczne umysły - Alexandra Bracken Internet aż huczał o tej książce – entuzjastyczne opinie dotarły również do Polski. Interesowałam się „The Darkest Minds” już od dłuższego czasu i gdy byłam już przekonana, iż kliknę „buy” na stronie Amazona, wydawnictwo Otwarte uratowało mnie – jak i innych zaciekawionych tą pozycją czytelników – przed wyższym wydatkiem. „Mroczne umysły” już za kilka tygodni trafią na półki księgarni i uwierzcie – szum wokół nich zrobi się jeszcze bardziej głośny! Alexandra Bracken napisała swoją pierwszą powieść – „Brightly Woven” – jako prezent na urodziny dla przyjaciółki. Z pewnością nie spodziewała się, że ta historia rozpocznie jej przygodę z pisarstwem. Znana jest jednak z serii o „Mrocznych umysłach”, która przyniosła jej ogromną sławę. Skończyła drugi najstarszy w USA college – Williama&Mary w Wirginii. Aktualnie mieszka w Nowym Yorku. Ruby nie miała przyjemnego dzieciństwa. Obserwowała śmierć swoich bliskich przyjaciół, cierpiących na dziwną chorobę, zwaną – OMNI. W dniu swoich dziesiątych urodzin nie wiedziała, iż już za kilka dni jej życie diametralnie się zmieni. Trafiła jednak do obozu rehabilitacyjnego dla dzieci z niezwykłymi – i przerażającymi – zdolnościami. Ruby musi się ukrywać – została przydzielona do Zielonych, jednak w rzeczywistości jest ostatnią z Pomarańczowych. Nie będę wmawiać nikomu, iż jest to temat innowacyjny i oryginalny, ponieważ tajemnicze moce u dzieci – nastolatków – to temat powszedni, wykorzystywany nie tylko w książkach, ale również w filmach i komiksach. Bracken jednak urzekła mnie w niezwykły sposób swoim pomysłem i wykonaniem, które z pewnością zapadnie mi w pamięć. Język autorki jest w istocie bardzo przyjemny – opisuje obrazowo sytuację, co sprawia, iż z łatwością widzimy je w swoich głowie. Ponadto jej styl jest bardzo dynamiczny i nie szczędzi nam dramatycznych zwrotów akcji, a także urwanych rozdziałów, które zachęcają do przeczytania następnego. Niejednokrotnie będziemy brać udział w strzelaninie, a także ucieczce. Atmosfera napięcia nie opuszcza żadnego rozdziału – nawet podczas pozornie sielskich momentów. Bracken w „Mrocznych umysłach” dbała zarówno o tempo, jak i tło wydarzeń. Nie odczujemy zatem braku żadnego z tych elementów, gdyż tworzą one całkiem ciekawą, spójną mieszankę. Pod względem języka zatem autorka wypadła w moich oczach naprawdę przyzwoicie. Sam pomysł na akcję, jak wspomniałam, nie był oryginalny. Początkowo nie byłam pewna, czy autorka mnie zaskoczy. Do połowy „Mrocznych umysłów” naprawdę jednak byłam zaintrygowana i wielokrotnie się dziwiłam, co przy pozycjach młodzieżowych jest naprawdę rzadkie. Tym razem bowiem Bracken udowodniła mi, że nawet sztampowy temat można obrobić w coś ciekawego – pełnego emocji i trzymającego w napięciu. Nie mogę jednak przemilczeć, iż jednocześnie zirytowało mnie, że w „Mrocznych umysłach” pojawił się wyraźny wątek romansowy – ba, trójkąt. Ten temat pojawiał się już wielokrotnie w powieściach – nie tylko w literaturze młodzieżowej. Powoli – nie, w zastraszającym tempie – zaczyna to nudzić czytelnika. Motyw ten odebrał tej powieści naprawdę wiele, czego bardzo żałuję. Przez to też dalsza lektura nie była tak zaskakująca. Same postacie Bracken jednak nie są wcale nudne i mdłe, czego często spodziewamy się po młodzieżówkach. Bardzo polubiłam Ruby, która była niezwykle dynamiczną postacią – im dalej brnie się w powieść, tym pod wpływem różnych wydarzeń, dziewczyna zmieniała się. Była to też rzeczywista, niewymuszona metamorfoza. Ruby poznajemy jako złamaną, zastraszoną dziewczynę – zamknięta w obozie walczy o każdy dzień i to nie tylko z oprawcami, ale również z własną mocą. Często się demonizuje, oskarża, jednak nie nazwałabym tego „dramatyzowaniem” – jej reakcje były niezwykle naturalne. Również jej dalsza odsłona przypadła mi do gustu – nie była zbyt silna, nie stała się nagle mocarną heroiną. Mimo mankamentów i niedociągnięć po „Mroczne umysły” naprawdę warto sięgnąć, przymykając oko na trójkąt miłosny. Ta książka była hitem i również w Polsce się nim stanie. Autorka pobudza naszą wyobraźnię, tworzy spójny świat, w którym poznajemy jasne reguły – nigdzie nie jest bezpiecznie dla dzieci oraz nastolatków. To wciągająca historia, którą polubią fani dystopii, ale również osoby, które chcą emocjonującej lektury. Gwarantuję, że przy tej historii nie będziecie się nudzić. Gdy sięgamy po młodzieżową fantastykę, róbmy to dobrze – zajrzyjcie na półkę z bestsellerami. Tam znajdziecie „Mroczne umysły”. Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Wybór opowiadań

Wybór opowiadań - Tadeusz Borowski Chociaż jestem miłośniczką historii, to są okresy, których zdecydowanie nie lubię poznawać. Zaliczają się do nich wszelkie wojny i to nie przez wzgląd na daty, które trzeba wbić do głowy. Nienawidzę zapoznawania się z okrutnością człowieka, przeraża mnie do czego niekiedy byli zdolni ludzie. Łatwo można wyciągnąć wniosek, że o drugiej wojnie światowej uczę się pod ogromnym przymusem. Stąd też pochodziły moje obawy, gdy rozpoczynałam opowiadania Tadeusza Borowskiego. Borowski urodził się w Żytomierzu na Ukrainie w 1922 roku. Zarówno jego ojciec, jak i matka zostali zesłani – do łagru i na Sybir. Tadeusz wraz ze starszym bratem pozostali w rodzinnych stronach. Ostatecznie jednak wyruszyli do Polski, a konkretniej do Warszawy. Warunki w jakich żyli były bardzo ciężkie. Jednak Tadeusz zdał maturę, a potem rozpoczął studia polonistyczne. Debiutował w 1942 tomikiem „Gdziekolwiek ziemia”. Niedługo potem Borowski trafił do obozu koncentracyjnego. Chociaż przeżył Oświęcim, popełnił samobójstwo, mając dwadzieścia dziewięć lat. Zbiór opowiadań Borowskiego składa się z kilkunastu historii o tematyce okupacyjno-obozowej, z czego tej drugiej jest najwięcej. Utwory te początkowo wywołały szok i oburzenie u odbiorców. Borowski bowiem skupił się nie na samym systemie – wojnie i obozach – ale na tym, jak wpłynęło to na zachowania ludzi, ich moralność i zachowanie. Postępowanie więźniów wzbudziło okropne kontrowersje – wyznawali oni filozofię przetrwania, działali niemal instynktownie do tego stopnia, iż zaciera się różnica między katem a ofiarą. To wyróżnia opowiadania Borowskiego na tle innych, traktujących o wojnie. Ciężko scharakteryzować ogólnie opowiadania Borowskiego. Wszystkie bez wątpienia są przejmujące i nie nadają się do czytania „na raz” z tej samej prostej przyczyny. Pozostawiają po sobie zgorzknienie, przerażenie i dziwną pustkę, która – nie ukrywam – utrzymywała się u mnie przez jakiś czas. Chociaż tematyka ta nie jest tak zaskakująca dla czasów, w których powstały te opowiadania, to historie Borowskiego dają najbardziej przerażający obraz skutków wojennych – ogromną dehumanizację człowieka, która mnie poruszyła do głębi. Technika pisarka, którą posługiwał się Borowski, jest już mi znana. Pisał językiem prostym, ale spowodowało to, iż jego opisy były znacznie bardziej szokujące. Nie szukał bowiem słów, którymi mógł w delikatny sposób przekazać wydarzenia – w jego opowiadaniach zatem doświadczamy najgorszych sytuacji opisanych brutalnie, niekiedy z przymrużeniem oka, co jeszcze bardziej mną wstrząsało, ale równocześnie ciekawiło. Największe jednak zalety opowiadań mogłam zauważyć dopiero po przeczytaniu wszystkich, gdy zorientowałam się, iż autor opisywał „codzienne” sytuacje. Każda historia odnosiła się nie do szczególnego dnia, gdy zginęło więcej ludzi, niż zazwyczaj. Autor przedstawia wydarzenia, które mieszkańcy okupowanej Warszawy, a także obozów doświadczali bardzo często. Dla mnie były one bulwersujące i ciężko było mi przez nie przebrnąć. Nie potrafiłam uzmysłowić sobie, iż cynizm, którym autor się posługiwał to dodatkowy mechanizm obronny, chociaż i ja uciekam się do niego niekiedy w życiu. Z tym też wiążę się technika wspomniana wcześniej – behawioryzm. Borowskiego należałoby nazwać nawet skrajnym przedstawicielem takiego sposobu przygotowania tekstu. Kładzie nacisk na zachowania ludzkie, jednak nie analizuje ich, z czym wcześniej nigdy się nie spotkałam. Było to jednak ciekawe przeżycie, gdyż Borowski skupił się na skutkach, co też sprawiało, że dochodziłam do ciekawych wniosków. Opowiadania Borowskiego wywołały we mnie skrajne emocje, z którymi ciężko sobie poradzić. Podchodziłam do tej lektury nie tyle sceptycznie, co z ogromną rezerwą, ponieważ nie lubię czytać o wojnie. Niemniej zorientowałam się, że literatura tego okresu, chociaż przejmująco smutna, jest jednak niezwykle wartościowa. I chociaż Borowskiemu można zarzucać zbyt ostry język, jak na tamte czasy, to jest to zdecydowanie zrozumiały zabieg, który tym bardziej wpływa na czytelnika. Czy jestem zachwycona? Niekoniecznie – nie można być zachwyconym po przeczytaniu tego typu historii. Pozostawiam jednak opowiadania za sobą z satysfakcją, że je przeczytałam, a także że mogłam je poznać z innej strony. Z pewnością jednak chociaż ciężkie i ironiczne, są lekturą obowiązkową – nie tylko dla Polaków, by poznali część dotykającej nas mocno historii. „Jest prawo obozu, że ludzi idących na śmierć oszukuje się do ostatniej chwili. Jest to jedyna dopuszczalna forma litości” Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Ja Inkwizytor. Głód i Pragnienie

Ja Inkwizytor. Głód i Pragnienie - Jacek Piekara Bawiliście się kiedyś w alternatywną historię? Jestem pewna, że tak – to dość popularny zabieg na zwykłych zajęciach, proste „co by było gdyby”, byśmy lepiej zrozumieli decyzje niektórych słynnych postaci. Piekara jednak poszedł o krok dalej! Stworzył alternatywną religię, która już od dobrych kilku lat zachwyca czytelników w całej Polsce. Po długim czasie oczekiwania w końcu przywitaliśmy kolejną część przygód o Mordimerze Madderdinie – człowieku głębokiej wiary. Jacek Piekara to jeden z najsławniejszych polskich pisarzy fantasy. Pracował jako zastępca redaktora naczelnego magazynu „Click” i „Game Ranking” oraz naczelny magazynu „Fantasy”. Studiował psychologię i prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutował w 1983 opowiadaniem „Wszystkie twarze szatana” na łamach miesięcznika "Fantastyka". Współpracować przy tworzeniu scenariuszu do gry „Książę i tchórz”, gdzie występuje postać z jego opowiadań, a w którą grę miałam przyjemność grać. Zaskakuje i prowokuje swoimi historiami. „Głód i pragnienie” to piąta chronologicznie część cyklu o Mordimerze, a dziewiąta wydana. Oto świat, w którym Chrystus zszedł z Krzyża i zemścił się na swoich oprawcach. To rzeczywistość brutalna – pełna stosów, tortur i prześladowań. Idealnie wpasowuje się w nią Mordimer Madderin – wysłał już przed sąd inkwizycyjny dziesiątki ludzi. Tym razem nasz uniżony sługa zmierzy się z bardzo sprytnym kanciarzem, a także będzie próbował rozwikłać sprawę zaginięcia pięknej, młodej dziewczyny. Jak mu się to uda? Z Bożą pomocą – bez problemu! Chociaż jest to piąta część cyklu ważne jest zaznaczenie, że jeszcze nie czytałam wszystkich. Serię Piekary poznaję dość wybiórczo – gdy wpadnie mi jakaś część w rękę, sięgam po nią i przyznaję, że nie psuje mi to zabawy. Bardzo łatwo bowiem wciągnąć się w świat tego autora – już od pierwszych stron pisarz zaciekawia nas swoim pomysłem i sprawia, że nie odczuwamy braków, gdy nie czytaliśmy jakiejś części. Nie sposób w takim razie nie wspomnieć o stylu autora. Piekara opisuje sytuacje bardzo obrazowo i dokładnie. Wprowadza nas w tajemniczy świat, niezwykle brutalny i nie szczędzi nam krwawych, obrzydliwych przedstawień. Przy tym są to bardzo realistyczne obrazy, które potrafią wywołać odpowiednie reakcje – gęsią skórkę oraz grymas zniesmaczenia. Piekara jest również znany ze swojego czarnego poczucia humoru na najwyższym poziomie, którego również w tym tomie przygód Mordimera nie zabrakło. Tym razem jednak byłam niejako zawiedziona pomysłem na pierwsze opowiadanie. Było ono proste i bardzo przewidywalne. Odniosłam wrażenie, iż zostało dołączone do tego tomu, by nie wyglądał na aż tak krótki. Autor użył w nim bardzo wyraźnych znaków, które napędzały czytelnika do szybkich wniosków i nie zaskoczył mnie pod żadnym względem. Czyżby Piekara wypalił się? Ta myśl towarzyszyła mi, gdy przedzierałam się przez tę historię. Potem jednak szybko zmieniłam zdanie. Tytułowe opowiadanie – „Głód i pragnienie” – pokazało mi, iż o kondycję jednego z moich ulubionych autorów nie ma co się martwić. Powrócił dawny klimat, a także to, co cenię w tej serii – oryginalność i zaskakująca fabuła. Wielokrotnie autor zadziwił mnie i sprawił, że to opowiadanie zostało bardzo szybko przeze mnie przeczytane. Piekara miał naprawdę ciekawy pomysł na tę historię, a co najważniejsze – wykorzystał też zadziwiająco kontrowersyjne tematy. Sam Mordimer nadal należy do grona moich ulubionych bohaterów. To postać, która jest bezwzględna i sprytna – jest świetnym obserwatorem, a przy tym bardzo zabawnym komentatorem, urozmaicającym treść książki swoimi ciętymi komentarzami. To kwintesencja bohatera, przy którym nie sposób się nudzić. Ponownie odłożyłam książkę z tego cyklu z żalem – jak zwykle zbyt szybko się one kończą. Piekara to autor, do którego mam sentyment – czyta się go błyskawicznie, a dodatkowo świetnie się bawi. Oprócz ciekawego pomysłu, wyróżnia go też specyficzny styl, który warto poznać. Jestem pewna, że i Was zachwyci! Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Blask fantastyczny

Blask fantastyczny - Terry Pratchett Istnieją książki, po które sięgam tylko w jednym stylu – mają mnie odprężyć. Szukam wtedy lektury lekkiej, ciekawej i – co najważniejsze – zabawnej. Jakiś czas temu odkryłam, że do tego opisu idealnie pasuje seria „Świat Dysku” Pratchetta. Chociaż jestem dopiero na początku przygody z jego cyklem, wiem jedno – on zadziwia z każdą kolejnym tomem. Ba, stroną! Terry Pratchett debiutował w wieku trzynastu lat w szkolnej gazetce. Porzucił edukację, by zarabiać jako dziennikarz. Pisanie traktował jako hobby do czasu, gdy napisał pierwszą część z serii „Świat Dysku” – „Kolor magii”. Ta powieść przyniosła mu ogromny rozgłos. Był wielokrotnie nagradzany – między innymi otrzymał nagrodę British Book Awards. Znany jest na całym świecie jako autor prześmiewczych powieści fantasy – tych „najzabawniejszych i najbardziej nieortodoksyjnych historii w tej i wszystkich innych galaktykach”, jak reklamuje go wydawnictwo Prószyński i S-ka. Choruje na rzadką odmianę choroby Alzheimera. Świat Dysku stoi na skraju zagłady – wielki żółw A’Tuin zmierza w stronę tajemniczej czerwonej gwiazdy. Istnieje tylko jedna osoba, która może odwrócić ten bieg. Paradoksalnie nie jest to silny, potężny mężczyzna o niezwykłych umiejętnościach, a… mag-nieudacznik, Rincewind, którego ostatnio widziano jak spadał z krawędzi świata. Magicznie ściągnięty z Kosmosu, staje się obiektem polowania wszystkich Obrządków Magicznych, próbujących zdobyć ukryte w jego myślach Zaklęcie. Rincewind jednak jeśli coś umie dobrze – to uciekać. Moje zauroczenie po „Kolorze magii” do tej pory nie minęło i wciąż wspominam lekturę z uśmiechem na twarzy. Twórczość Pratchetta jest niezwykle oryginalna – przyciąga nie tylko barwną okładką, ale również taką samą treścią. Bez wątpienia są to historie dla ludzi o otwartych umysłach – jedni bowiem go nienawidzą, inni ubóstwiają. Ja należę zdecydowanie do tej drugiej grupy. Już od pierwszych stron, rzuca się w oczy niezwykła stylistyka Pratchetta. Jest to powieść fantasy w bardzo krzywym zwierciadle – to karykaturalne spojrzenie na ten gatunek bardzo mnie przyciąga. Autor kpi z wielkich czynów, z magii, a nawet z zasad fizyki i zdrowego rozsądku. Jednocześnie to prześmiewcze przedstawienie nie czyni w moim odczuciu parodii z serii „Świata Dysku” – tworzy raczej nieszablonową opowieść. Opisy Pratchetta nie są tak szalone, jak może na to wskazywać okładka – na której nie ukrywając, dużo się dzieje. Są one pełne humoru i anegdot, poprowadzone w gawędziarskim stylu, który kojarzy mi się zawsze ze starymi opowieściami. Ta tworzy swoisty urok, ale ta specyfika nie jest minusem, lecz ogromna zaleta. Dodatkowo autor dba o tempo akcji, które przyspiesza z każdą stroną, nie pozwalając znudzić się wtrąceniami. Nie trudno się domyśleć, że również sam pomysł jest bardzo oryginalny przy takiej stylistyce. Pratchett przeczy wzorcom, zadziwiając czytelnika z każdą stroną. Nigdy nie wiemy, co stanie się po przerzuceniu kartki. Wyjął z powieści fantastycznych utarte schematy, które zmienił w taki sposób, że stały się czymś innym – odrębnym i interesującym. Również postacie, które stworzył Pratchett są nietuzinkowe. Nieudolny mag Rincewind jednak nie zdobył mojego serca w taki sposób, jak zrobił to jego ekscentryczny towarzysz – Dwukwiat. Ten turysta dostarcza wielu powodów do śmiechu, gdyż patrzy na świat przez różowe okulary. Nie można również pominąć Bagaża, który podąża za nim jak wierny pies, czy też bardzo realnej personifikacji Śmierci. Nadal jednak widać niewielkie dociągnięcia w „Blasku fantastycznym”, gdyż jest to początek kariery autora. Niekiedy humor jest dość prosty, co jednak nie przestaje intrygować i zachęcać do dalszego czytania. Bez wątpienia bowiem tom drugi jest bardziej konkretny od „Koloru magii”, gdzie autor dopiero „uczył się” pisać. Od początku do końca Pratchett stworzył historię oryginalną, którą nie sposób porównać z żadną inną. Nadal jednak podwyższam mu poprzeczkę, czekając na ten tom, który zachwyci mnie w każdym calu. Wciąż jestem oczarowana i wiem, że będę z niecierpliwością brnąć dalej w ten cykl. Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Modlitewnik amerykański. Luizjański blues. Viator

Modlitewnik amerykański. Luizjański blues. Viator - Lucius Shepard Chyba każdy z nas posiada wydawnictwa, którym względnie ufa, że „wydają dobre książki”. Dla mnie zdecydowanie taki jest MAG i od bardzo dawna miałam ochotę rozpocząć przygodę z ich „Ucztą Wyobraźni”. Zachęcona innymi książkami spod ich znaku czułam, że również ten cykl mi się spodoba. W taki oto sposób trafił do mnie zbiór opowiadań Luciusa Sheparda – jak mogłam się bowiem oprzeć takiej kuszącej okazji? Lucius Shepard jest jednym z bardziej wyróżniających się autorów amerykańskich w gatunkach science-fiction, fantasy i horror. Największym zainteresowaniem cieszą się jego ostatnie powieści – „Trujillo”, „Modlitewnik amerykański”, a także „Viator”. Otrzymał między innymi nagrodę Johna W. Cambella. Aktualnie mieszka w Vancouver. Książka zawiera w sobie trzy utwory Sheparda – wspomniany już „Modlitewnik amerykański” i „Viator” oraz „Luizjański blues”. Chociaż początkowo wydaje się, że historie nie są ze sobą połączone, łatwo można znaleźć analogie – akcja bowiem zawsze rozgrywa się w małych miasteczkach, w duszącej atmosferze wśród hermetycznej społeczności. W „Modlitewniku amerykańskim” poznajemy właśnie autora tej pozycji – Wardlina Stuarta. Odsiadując wyrok odnalazł sposób na modlitwę, która faktycznie się spełnia. Z przestępcy zmienia się w gwiazdę po wydaniu zbioru utworów. Jednak bóg, do którego zwraca się Wardlin nie tylko spełnia najskrytsze pragnienia z jego modlitw, przyjmuje on nawet żywą postać. Równocześnie na drodze Stuarta staje oszalały kaznodzieja, któremu nie podoba się działalność byłego więźnia. Luizjańskie Grail jest mieściną leżącą jakby poza ramami rzeczywistości – płynie leniwym rytmem, z własnymi zasadami. Mieszkańcy wierzą w Dobrego Szarego Człowieka, który to obiecał im powodzenie i pomyślność, jeśli będą wierni tradycji, która niekiedy… jest bardzo brutalna. Zwieńczeniem tomu jest opowieść o czterech mężczyznach, do których nareszcie uśmiechnął się los. Zakwaterowani na pokładzie Viatora, szukają surowców do odzysku. Jednak frachtowiec nie jest zwykłym statkiem. Thomas Willander, niejaki szef i kapitan, obserwuje zmiany wśród członków załogi, którzy zaczynają dziwnie się zachowywać. Zafascynowani urokiem Viatora nie mają zamiaru go opuścić… Byłam pełna nadziei, co do pierwszego opowiadania, które równocześnie było najdłuższym z całego zbioru. Przez połowę „Modlitewnika amerykańskiego” przemknęłam jak burza. Zafascynował mnie bardzo dokładny, wnikliwy styl autora, to jak wchodził w różne tematy społeczne i psychologiczne. Chyba właśnie ta technika – drobiazgowej analizy – jest jednym z ogromnych plusów, który charakteryzuje wszystkie utwory Sheparda. Również sam pomysł był bardzo oryginalny, jednak jego wykonanie ostatecznie zaczęło mnie męczyć. Warto zauważyć, iż przy pięknym języku autora, po dłuższym czytaniu irytuje brak wyrazistej akcji. Bogactwo wtrąceń, wręcz gawędziarski styl, sprawiał, że nawet w szybszych momentach sytuacji, analiza przez bohatera bardzo spowalniała tempo. Shepard zaskoczył mnie natomiast „Luizjańskim blusem”, o którym rzadko wspominały inne recenzje. Autor skupił się na wydarzeniach nocy świętojańskiej i łączył je bardzo z mistycznymi rytuałami, tworząc unikalną, niepokojąco-sensualną atmosferę. W moim odczuciu tak dogłębne zadbanie o klimat historii, wyszło na ogromny plus. Również sama psychologia w tym utworze była na dobrym poziomie – autor podobnie jak w „Modlitewniku amerykańskim” zadbał o głęboki rys bohaterów, a także nakreślenie relacji międzyludzkich. Zarówno obserwacje, jak i filozoficzne, moralne postawy postaci bardzo mnie zaintrygowały. Pomysł na fabułę jednak nie był odkrywczy, gdyż powtórzył się motyw zamkniętej społeczności – tak charakterystyczny dla wszystkich tych opowiadań Sheparda, jak i ogólnie znanych w literaturze powieści. To nie pierwsza taka historia, ale na pewno ciekawie wykonana. Do „Viatora” z kolei mam bardzo mieszane odczucia, odkąd tylko usłyszałam, iż jest najlepszy ze wszystkich trzech utworów przedstawionych w tym zbiorze. Również tutaj Shepard wprowadził duszącą atmosferę, jednocześnie bardzo udziwniając akcję. „Viator” bez wątpienia był opowiadaniem, które mieszało realistyczne wydarzenia ze snami – ciężko było odróżnić oniryczne wizje od rzeczywistości, z czym też miał problem główny bohater. Byłam poniekąd rozczarowana tym, iż autor nie pokusił się o stworzenie jakiejś odmiennej postaci, gdyż po przeczytaniu jego trzech opowiadań, miałam wrażenie, iż każdy z nich był niemal taki sam, chociaż mieli inną przeszłość i byli wciągnięci do innego środowiska. Z drugiej strony bardzo zaskoczyła mnie jednakowa maniera językowa autora, którą zaliczam do niezwykłych pozytywów tej powieści. Widać, iż Shepard ma ukształtowany styl i trwa przy nim, dzięki czemu nie doświadczyłam nieprzyjemnych przepaści między budową opowiadań. Zazwyczaj nie jestem przekonana do zbiorów różnych historii i tak było też tym razem. Jak się okazało – moje obawy były poniekąd słuszne, gdyż kiedy już wciągałam się w jedno z opowiadań, następowało kolejne. W pewnych momentach żałowałam, iż autor nie skupił się na jednym, dając spójną, bogatą historię. Mam mieszane uczucia po lekturze tej pozycji, jednak jeżeli ktoś jest miłośnikiem głębokiej analizy, ciężkiej atmosfery i bogatego języka, bez wątpienia będzie to dla niego „uczta”. Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Badacz potworów

Badacz potworów - Rick Yancey Chyba każde dziecko boi się potworów. Tworzymy je w myślach, a potem mieszkają one pod łóżkiem, sprawiając, że w nocy nie chcemy wyjść spod kołdry. Co jednak, gdyby się okazało, że nie jest to czysta fikcja, a nasze najgorsze koszmary żyją, a w dodatku nie lubią urozmaiconej diety i preferują ludzkie mięso? Taką wizję przedstawia Rick Yancey w „Badaczu potworów”. Rick Yancey jest autorem kilkunastu powieści, które zostały przetłumaczone na dwadzieścia języków. Był wielokrotnie nagradzany – „Badacz potworów” otrzymał nagrodę Micheala L. Printza. Polscy czytelnicy jednak znają Yanceya głównie z wydanej w ostatnie wakacje „Piątej fali”, która jest jego ostatnią powieścią. Prywatnie Rick mieszka z żoną, dwoma synami i – jakby przeciwstawiając się stereotypom – psem na Florydzie. Will Henry dotrzymał obietnic i nie wyjawił tajemnic swego mistrza – doktora Warthropa. Ten jednak nie żyje od czterdziestu lat, a teraz już dorosłego mężczyznę nachodzi refleksja o jego życiu – o tym, kto ocalił jego życie, a także kto obdarzył go tą „klątwą”. Tak rozpoczyna się jego historia – sieroty przygarniętego przez tajemniczego doktora, który pod pozorem zwykłej pracy zajmował się tropieniem potworów. W atmosferze grozy Will szybko przyzwyczaił się do nocnych wizyt, szemranych interesów i dziwnych gości. Jednak pewnego dnia do ich domu przywiezione zostaje ciało młodej kobiety, częściowo pożarte przez nadludzką istotę – antropofaga. Nagle potwory nabierają realnych kształtów. Seria była niezwykle zachwalana za granicą, więc niesamowicie ucieszyłam się, gdy tylko zobaczyłam, iż zostanie wydana w Polsce. Tym bardziej zacierałam niecierpliwie ręce, bo była to powieść Ricka Yanceya, który oczarował mnie „Piątą falą”. Z drugiej strony byłam ciekawa, czy spodoba mi się pomysł autora, który był dość niecodzienny – potwory bowiem nie są popularnym tematem aktualnie w literaturze i nie potrafiłam sobie wyobrazić, że mogłabym się chociaż trochę bać przy tej lekturze. Wygląda ona przecież bardzo niepozornie – dość zabawna okładka, ostrzeżenie o nocnych koszmarach i cała to otoczka stwarzała dość prześmiewczą oprawę. Och, w jakim byłam błędzie… Atmosfera powieści była naprawdę nietuzinkowa. Już od pierwszych stron okazało się, że autor nie robi żartu z czytelnika, a jego powieść – chociaż dla młodzieży – będzie ciekawym dreszczowcem. Warto dodać, że historia ta jest spisana z niejakich dwóch perspektyw – osoby, która czyta dziennik Will, a także samego bohatera. Co ciekawe bardzo rzadko przypominałam sobie o tym fakcie, gdyż autor bardzo wciągał czytelnika w historię – w taki sposób, iż stawaliśmy się nie tylko obserwatorami, ale również uczestnikami wydarzeń z życia dwunastoletniego chłopca. Styl Yanceya zachwycił mnie jednak w tej historii nieco bardziej niż w „Piątej fali”. Tym razem autor oprócz stworzenia idealnego klimatu, doprowadził mnie do skrajnych emocji. Jego opisy były żywe, gdy pisał, iż coś cuchnęło, miałam wrażenie, jakby swąd docierał z kartek do moich nozdrzy, a niewielu pisarzy może pochwalić się taką umiejętnością. Ponadto Yancey może się poszczycić również niezwykłą zdolnością do dynamizowania akcji, gdyż była ona niezwykle szybka i dramatyczna. Niejednokrotnie łapałam się na tym, że zaciskam z niecierpliwości i podniecenia ręce, prawie gnąc kartki, chociaż szybko starałam się opanować reakcje. Zwłaszcza, że autor w bardzo naturalistyczny sposób omawiał krwawe zbrodnie oraz same potwory, nie pozostawiając na nich suchej nitki. To właśnie ten zabieg najbardziej mną wstrząsnął i sprawił, że po zdjęciu soczewek – a mam tak dużą wadę wzroku, że nie widzę dalej niż czubek mojego nosa! – bałam się zasnąć, bo mój umysł tworzył iście dantejskie obrazy inspirowane „Badaczem potworów”. Moją sympatię zaskarbił sobie w szczególny sposób Pellinore Warthrop – doktor o niezwykłej pasji, a także ciekawym podejściu do świata. Wyróżniał się on tle innych postaci z całą mocą, gdyż był bardzo sprzeczny. Tak bardzo jak potrafi być tylko żywy człowiek, co ujęło mnie niepowtarzalny sposób. „Badacz potworów” nie bez powodu ma z tyłu okładki ostrzeżenie – tę powieść czyta się „na własną odpowiedzialność”. Ona faktycznie straszy, a przy tym bardzo zaskakuje odważnymi pomysłami oraz naturalistycznymi opisami. Nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na drugą część, bo już wiem, że warto! Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Nieskończoność

Nieskończoność - Holly-Jane Rahlens Każdy z nas kiedyś był zakochany lub będzie. To uczucie, które otula człowieka, sprawia, że ten zwalnia, by spędzić czas z tą drugą wyjątkową osobą. Jednak jak wyglądałaby miłość w czasach, gdzie to rozwój jest najważniejszy, a technologia jest ważniejsza od relacji międzyludzkich? Odpowiedź – czy też jedną z nich – przyniosła „Nieskończoność”, powieść, której nie tylko okładka jest zachwycająca. Holly-Jane Rahlens z pochodzenia jest Amerykanką, doceniona została jako pisarka przez europejskich czytelników, zwłaszcza w Niemczech, gdzie odniosła sukces. Otrzymała wiele nagród – między innymi Deutsher Jugendliteraturpreis za najlepszą książkę dla młodzieży. Jej powieści ukazały się w piętnastu krajach. Jest rok 2264, Mroczna Zima już minęła. Człowiek żyje średnio sto pięćdziesiąt lat. Większość prac wykonują roboty, ludzie podłączeni są do wielkiej sieci zwanej mózgołączem. Zaimek „ja” został zastąpiony określeniem grupy. W tym społeczeństwie nie ma czasu na miłość, a jego największym problemem są spadające wyniki urodzeń w Europie. Finn Nordstorm jest historykiem i tłumaczem języka niemieckiego – zostaje poproszony o przetłumaczenie pamiętnika młodej dziewczyny z XXI wieku. Tymczasem Eliana żyje w innej czasoprzestrzeni – spotyka w księgarni przystojnego mężczyznę, który nie wiem… do czego służy guma do życia. Co połączy Finna i Elianę? Ta powieść ma w sobie wiele uroku. Jak wspomniałam – zachwyciła mnie okładka: niezwykle delikatna i właśnie magiczna. Taka sama jest również treść „Nieskończoności”! Urzekła mnie w niespotykanym stopniu historia Rahlens – lubię opowieści o miłości, jednak ta była… przejmująca. To wyróżniało ją na tle innych dotąd przeze mnie czytanych. Istnieje wiele teorii na temat tego, jak będzie wyglądać przyszłość ludzi i ziemi. Wizja autorki była bardzo realistyczna i ciekawie zbudowana. Przyznam, że nie spodziewałam się takiej spójności w książce dla młodzieży. „Nieskończoność” bez wątpienia odznacza się oryginalnością pod tym względem. Pomysły były niezwykle nowoczesne – nigdy wcześniej nie spotkałam się z tak radykalną zmianą języka, która była świetnym zagraniem. Ten zabieg nadał chyba najwięcej realizmu powieści. Język autorki był niezwykle przyjemny. Rahlens tworzyła bardzo dokładne, plastyczne opisy – tworzyła niezwykłą atmosferę już samym tłem. Książka jest też pełna cytatów o uczuciu, o relacjach ludzi – to istna ich kopalnia ze względu na dość marzycielskie podejście do życia głównego bohatera. Nie zabrakło również akcji, która choć nie była wyraźnie zarysowana i bardzo dynamiczna, parła dość szybko i konsekwentnie do przodu. Nie wolno mi jednak zapomnieć o tym, że – mimo wszystko – nie jest to bardzo zaskakująca powieść. Dosyć łatwo domyśleć się ważnych dla fabuły elementów, jednak… nie przeszkadzało mi to tak, jak zazwyczaj. Pierwszy raz zdarzyło mi się więc, by historia miłosna tak bardzo mnie wciągnęła. Nie jest to jednak nic dziwnego, gdyż była ona niebanalna w moim odczuciu i po prostu piękna… Z całego serca trzymałam kciuki za bohaterów, denerwowałam się razem z nimi i życzyłam im jak najlepiej. Finn nie jest zwyczajnym przedstawicielem człowieka XXIII wieku – był marzycielem, myślicielem. Był osobą żądną wiedzy, która wnikliwie obserwowała sytuację, ucząc się z tych obserwacji. Nie był też wyidealizowany, co bardzo często niestety zdarza się w powieściach dla młodzieży. Jednak to Eliana zyskała większość mojej sympatii – mogłam zobaczyć, jak dorasta przez jej pamiętnik. Była uparta, obdarzona tą ilością sarkazmu, którą lubię i żądna przeżycia swojego życia, jak najlepiej się da. „Nieskończoność” urzekła mnie od początku do końca – tę wielką cegłę połknęła w dwa wieczory. Mimo grubości, była paradoksalnie lekką lekturą. Historia, którą sprezentowała nam Rahlens być może ma swoje wady, jak lekka przewidywalność, ale mnie oczarowała. To była przepiękna wizja – miłość nieracjonalnej, która potrafi przezwyciężyć przeciwności losu. Nie spodziewałam się, że ta lektura okaże się tak wciągająca, aż sama się dziwię, bo zazwyczaj żadna historia tego typu nie pochłania mnie w taki sposób. Gdybym miała ująć to w jednym słowie, powiedziałabym, że „Nieskończoność” jest ujmująca i jest to cała, pełna definicja tej cudownej lektury. Gdziekolwiek jesteś, jestem tu i wołam do ciebie. „Ja” mojego serca wita „ty” twojego. Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Ferdydurke

Ferdydurke - Witold Gombrowicz Zacierałam ręce z radością, gdy tylko zobaczyłam, iż moją kolejną lekturą jest „Ferdydurke”. To słynne nazwisko – Gombrowicz – przewijało się już niejednokrotnie na lekcjach w mojej szkole, gdyż nasz polonista jest jego prawdziwym fanem. Moją ciekawość wzmogła biografia autora – kontrowersyjna. Wiedząc, iż była to niegdyś historia zakazana, oczekiwałam, że naprawdę mnie zainteresuje. Ba, czułam, że będzie to ekscytująca powieść! Witold Gombrowicz urodził się na początku XX wieku. Pochodził z rodziny szlacheckiej, ukończył prawo na Uniwersytecie Warszawskim, jednak porzucił pracę w sądzie dla literatury. Debiutował zbiorem opowiadań „Pamiętnik z okresu dojrzewania”, natomiast cztery lata później wydał „Ferdydurke” – powieść docenioną przez krytyków i czytelników. Bohaterem powieści jest trzydziestoletni mężczyzna Józio, będący początkującym literatem. Niespodziewanie zostaje nawiedzony przez nauczyciela, profesora Pimkę, który twierdząc, że ma on braki w nauczaniu, postanawia cofnąć go do klasy gimnazjalnej. W szkole Józio zostaje poddany procesowi „upupienia”, czyli udziecinnienia. Dostaje się na stancję do rodziny Młodziaków – reprezentujących nowoczesny styl życia. Niejaką drugą część powieści poświęcono pobytowi Józia w Bolimowie – tradycyjnym dworku polskim. W istocie jednak „Ferdydurke” nie jest historią przygód Józia, co niezwykle mnie zaskoczyło. Okazało się bowiem, że tematyka utworu Gombrowicza jest ponad zwykłą fabułą. Powieść traktuje o formowaniu człowieka przez czynniki zewnętrzne oraz o tym, czy jest jakaś droga ucieczki przed takim przymusem. Ciężko jest śledzić bieg wydarzeń, które przez zamierzenia autora, mają być na drugim planie względem interpretacji metaforycznej. Jednak tego typu zabiegi były już znane. „Ferdydurke” jest powieścią awangardową – po spotkaniu z „Procesem” Kafki myślałam, że umiem czytać takie historie. Niestety, właśnie przez wcześniej wspomniane zabiegi Gombrowicza, było to trudne. Autor zrezygnował z jasnej dla czytelnika fabuły, a jego język i zabawa z formą tekstu, komplikowały recepcję dzieła. Wspomniany język Gombrowicza nie należał do łatwych. Gdy nasłuchałam się o wszechobecnych pupach, kupach, łydkach i gębach, zastanawiałam się – „co to za lektura?!”. Już sam dobór słów-kluczy zadziwia. Jednak to nie wszystko! Konstrukcja zdań była bardzo pokrętna – wielokrotnie złożone z powtórzeniami. Dodatkowo niekiedy zaprzeczały same sobie. Jedyną zaletą tego stylu była konsekwencja autora, jednak… było to równocześnie męczące. To jeden z wielkich mankamentów „Ferdydurke” – struktura, przez którą strasznie ciężko się przebić. Sama historia była niezwykle irracjonalna – chociaż lubię pokrętną fabułę, a powieść Gombrowicza zdecydowania taka jest, było ona aż nazbyt absurdalna. Było to zamierzenie autora, widoczne od początku. Niektórzy uważają to za ogromny plus jego twórczości – Gombrowicz sprzeciwiał się konwencjom. Istotna jest walka autora z zasadami, a także same rozważania nad formą. Cała twórczość Gombrowicza – nie tylko „Ferdydurke” – krąży wokół myśli nad wolnością człowieka, jego historie to wielki apel. Według założeń autora człowiek od dziecka wchodzi w najróżniejsze role – jest ściskany i musi się dostosować do określonej formy. „Ferdydurke” jest bardzo rzeczywistym obrazem tego. Przywdziewamy różne „gęby” – maski ucznia, dziecka, wnuka, czy też przyjaciela. To samo tyczy się zasad literackich, które autor łamie z prawdziwą przyjemnością… ku mojej rozpaczy. Nie będę ukrywać, że bolączką przy czytaniu była dla mnie właśnie forma! Męczyłam tę historię naprawdę długo, mając nadzieję, że stanie się lżejsza. Z drugiej strony podziwiam zdolność autora do stworzenia powieści, którą można interpretować wielorako. Paradoksem jest to, iż Gombrowicz krytykował lektury szkolne i… sam stał się jedną z nich. Odłożyłam tę powieść zirytowana, zdecydowanie nie spełniła moich oczekiwań, a miałam ich – niestety – wiele. „Ferdydurke” jest historią, która zaskakuje – zarówno tematyką, jak i stylistyczną manierą. O ile pierwszy aspekt jest całkowitym plusem, nad drugim warto się poważnie zastanowić. Nauczyciel w powieści twierdził: „Jak nie zachwyca, skoro zachwyca”. Otóż nie, mnie nie zachwyciło. Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Granica

Granica - Zofia Nałkowska Czasami boję się sięgnąć po jakąś książkę, gdy usłyszę o niej opinię. Tak było też w tym przypadku, gdy przeczytałam kilka bardzo niepochlebnych recenzji o… „Granicy” Zofii Nałkowskiej. Większość z nas – chcąc lub nie – zetknie się z tą powieścią. Ba, niektórzy mają ją już nawet za sobą! I zdania wcale nie były podzielone, wręcz przeciwnie – przedstawiały tę powieść w bardzo negatywnym świetle. Zofia Nałkowska urodziła się pod koniec dziewiętnastego wieku. Pochodziła z zamożnej inteligencji, a jej rodzice prowadzili „dom otwarty” oraz słynny salon. Przez środowisko, w którym się obracała już od dziecka, bardzo wcześnie zaczęła pisać. Debiutowała w wieku czternastu lat wierszem. „Granicę” napisała w 1935 roku, nie jest to jednak tak sławna powieść. Wiele osób kojarzy jej twórczość z „Medalionów” – miniatur o wstrząsających faktach z wojny. Historia Zenona Ziembiewicza jest niezwykła – krótka, treściwa i bardzo groteskowa. Wywodził się z biednej szlachty, lecz udało mu się, dzięki wykształceniu, awansować społecznie. Musiał jednak powolnie rezygnować ze swych ideałów, poglądów, przesuwając granicę swojej moralności. Jego koniec był tragiczny – po błyskawicznej karierze, stacza się nagle zarówno pod względem osobistym, jak i publicznym. „Granica” jest klasyką literatury polskiej, dodatkowo lekturą szkolną, która zapada w pamięć. Styl Nałkowskiej jest dość specyficzny. Przyznam, iż od pierwszych stron – nagromadzenie wątków, nazwisk, postaci oraz ich historii – sprawia zagubienie czytelnika. To wrażenie jednak mija wraz z każdą kolejną kartką i skupieniem, o które naprawdę łatwo. Język, jakim autorka posługuje się, jest bowiem niezwykle przyjemny – to, co początkowo uważałam za wadę, stało się zaletą. Opisy były dokładne, a wątki poboczne w spójny sposób zgrywały się z główną akcją. Warto dodać, że tempo akcji jest na naprawdę przyzwoitym poziomie. Gdy tylko przyzwyczaiłam się do ciekawego sposobu narracji autorki, miałam trudności z oderwaniem się od lektury. To niezwykła powieść psychologiczno-obyczajowa, nie sposób jej zrozumieć bez wnikliwej analizy – ma ona podwójne dno, podobnie jak tytuł, nad którym warto się zastanowić. Już od pierwszych stron Nałkowska nie ukrywała, jak skończy się ta historia. Gdyby porównywać taki zabieg do powieści kryminalnych, byłoby to co najmniej zaskakujące. Sprawiło to jednak, iż podczas lektury nie zadawałam sobie pytania – „kto wykonał zbrodnię?”, a „dlaczego?”. Pierwszy raz spotkałam się z taką sytuacją, gdzie zakończenie było ujawnione tak wcześnie już przez zamysł autorki i… było to posunięcie niezwykle dobre, które urozmaiciło lekturę. Skupiałam się na zupełnie innej materii niż zwykle. Same postacie były stworzone w najmniejszym detalu – ich działania były umotywowane pochodzeniem, historią, brutalnością losu oraz samymi ich charakterami. Bohaterowie byli bardzo realistyczni, jednak również przez to nie potrafiłam im współczuć – o ile niezawinione cierpienie biedoty wzruszało mnie, to zachowania Zbigniewa i to, co go spotkało, nie powodowało u mnie żadnej reakcji. Ziembiewicz był postacią, której nie da się lubić – chociaż inteligentny i ambitny, był oportunistą, łatwo ulegał wpływom i powtarzał schematy, których tak nienawidził. Zenon to wielki hipokryta, dodatkowo jego zachowanie w stosunku do kobiet było karygodne… Nie jestem fanką powieści psychologicznych – zawsze po lekturze takiego gatunku, mam wrażenie, iż jestem niezwykle zmęczona czytaniem, a treść była przytłaczająca. „Granica” zmieniła moje zdanie na ten temat – głęboki rys wewnętrzny postaci był tak dopracowany, że z przyjemnością go czytałam, zwłaszcza, że bohaterowie przeżywali najczęściej rozterki dnia codziennego, które i nas dotykają. Obawiałam się lektury „Granicy”, jednak z całą świadomością mogę powiedzieć, że jest to powieść, która daje do zastanowienia i – mimo ciężkiego początku – warto ją przeczytać. Niesie ponadczasowe treści o tym, jak ważna jest czystość sumienia, a także trwanie przy własnych ideałach. Ponadto to po prostu książka, którą czytałam z wypiekami na twarzy, podążając z zainteresowaniem za akcją, która oczarowuje – zarówno doborem tematu, a także wykonaniem. Jestem zaskoczona, że ta powieść tak bardzo mnie zafascynowała. Byłam przekonana, iż zakończę tę recenzję słowami, iż istnieje granica czytania lektur szkolnych, jednak… jak widać – nie ma jej! Z Zofią Nałkowską na pewno będę kontynuować znajomość, a Was zachęcam do czytania, bo chociaż „szkolna”, to zdecydowanie nie „zła”. Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Nigdy, przenigdy

Nigdy, przenigdy - Sara Shepard Każdy z nas kłamie, chociaż niekiedy nie powinniśmy tego robić. Są różne powody – od chęci zaimponowania znajomym, poprzez zatajenie krępującej prawdy i… ochronę siebie i bliskich. Sara Shepard już nie pierwszy raz przedstawia obraz młodzieży, dla której ów „kłamstwo” wiążę się z tym ostatnim aspektem. Czy tym razem zaintrygowała mnie bardziej tym tematem? Shepard jest autorką bestsellerowej serii „Pretty Little Liars”, która to została zekranizowana jako serial o tym samym tytule. Przyniosło jej to niezwykłą popularność, a jej serie o z pozoru zwykłych nastolatkach cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem. Inspiracje do powieści czerpie ze swoich szkolnych obserwacji. Cykl „The Lying Game” jest ekscytującą opowieścią o sekretach i kłamstwach, na podstawie którego również nakręcono serial, który jednak moim zdaniem nie jest tak dobry jak z „PLL”. Emma liczyła na to, że jej życie diametralnie zmieni się, gdy odnajdzie swoją siostrę bliźniaczkę. Los miał jednak zupełnie inny plan. Gdy okazało się, iż Sutton Mercer zginęła w tajemniczych okolicznościach, dziewczyna zostaje zmuszona do przejęcia jej życia – imprezowego i szalonego. Mimo przestróg tajemniczego zabójcy swojej siostry, Emma próbuje rozwikłać zagadkę. Wie jednak, że morderca śledzi każdy jej ruch… Nie wiem, co powieści Shepard w sobie mają. Wcześniej traktowałam je jako przyjemną odskocznię – bez wątpienia seria „Pretty Little Liars” taka jest i „Gra w kłamstwa” również się tak zapowiadała. Były do siebie podobne – nie tylko ze względu na tematykę, ale również budowę fabuły. Czułam jednak, że moje wrażenia są mylne i w tym cyklu autorka zaskoczy mnie jakąś nieprzewidywalną akcją, a także jej nagłymi zwrotami. Nie myliłam się, bo ten tom obfitował w emocje, których początek znalazłam w poprzednim tomie. Shepard ma niezwykłe pomysły – to na pewno wyróżnia ją na tle innych autorów książek dla młodzieży. Fabuła jej powieści jest kreatywna i oryginalna – jeśli nie porównujemy obu cyklów, co jest niejakim minusem - a niecodzienny sposób budowania napięcia bardzo przypadł mi do gustu. Właśnie tej drugiej części brakowało mi w „Grze w kłamstwa”, tutaj autorka jednak nadrobiła. Akcja była wciągająca i naprawdę kilkakrotnie złapałam się na tym, że… chcę więcej. Do takiej dynamizacji akcji na pewno przyczyniły się opisy Shepard – jej styl wcale nie jest wyszukany, ale stawia ona na tempo wydarzeń. Autorka bardzo wnikliwie przedstawia rzeczywistość, pozwala czytelnikowi intensywnie myśleć i… bardzo często go zwodzi. Jedyne, czego obawiam się w związku z tą serią to przesycenie tematem – nie ukrywajmy, że im dłużej autor gra z czytelnikiem, tym bardziej jest to irytujące. Atutem „Nigdy przenigdy” bez wątpienia jest również wielopłaszczyznowa narracja – zarówno skupionej na Emmie, jak i podążającym za nią duchu Sutton, który komentuje akcję. Jest to ciekawe urozmaicenie, która dodatkowo jest na tyle dobrze zrobiona, iż nakłada wydarzenia na siebie i jest spójna. W tym tomie doszłam do wniosku, że postacie Shepard mimo wszystko są niezwykle płaskie. O ile historia naprawdę wciąga, to bohaterowie nie – nie można się do nich przywiązać, mają bardzo sztampowe charaktery. Pod tym względem moja opinia naprawdę się nie zmieniła – zwłaszcza w stosunku do Emmy i Sutton. Niekiedy wydaje się, że autorka traci pomysły i skupia się na tym, co już „przećwiczyła” w poprzedniej serii. Postacie nie ewoluują, co jest poważnym minusem. Nie jestem specjalistką od serii „Pretty Little Liars” – przeczytałam dopiero jeden tom – jednak myślę, że „The Lying Game”, mimo powiązań, ma zadatki na naprawdę wciągającą serię, która umili wieczór i zaciekawi czytelnika. Twierdzę jednak, że lepiej skupić się na jednej z tych serii, bo podobne motywy, charaktery bohaterów oraz struktura akcji mogą znużyć czytelnika. „Nigdy przenigdy” zaostrzyło mój apetyt na kolejne tomy tego cyklu i będę ich oczekiwać. Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Przedwiośnie

Przedwiośnie - Stefan Żeromski Większość lektur zazwyczaj mi się podoba. Niestety, są w kanonie również tacy autorzy, których – gdybym mogła – omijałabym szerokim łukiem. Do nich zalicza się zdecydowanie Żeromski, z którym nie mam miłych doświadczeń. Poznane w gimnazjum „Syzyfowe prace” były drogą przez mękę. Podobnie sytuacja miała się przy „Ludziach bezdomnych”, gdzie zrozumiałam, iż ilość stron nie jest równa szybkiemu przeczytaniu. Wyobraźcie więc sobie moje przerażenie, gdy zobaczyłam „Przedwiośnie” – kolejną powieść tego autora – na szkolnej rozpisce. Stefan Żeromski pochodził ze zubożałej rodziny szlacheckiej. Uczęszczał do gimnazjum w Kielcach, którego nie skończył. Nie przeszkodziło mu to jednak w studiach weterynaryjnych. W swoich utworach często nawiązywał do wydarzeń historycznych – zarówno w wymienianych już lekturach oraz na przykład „Echach leśnych”. „Przedwiośnie” jednak w głównej mierze – oprócz wydarzeń omawiających rewolucję rosyjską oraz ideologię komunistyczną – jest powieścią edukacyjną, podobnie jak „Syzyfowe prace”. Poznajemy Cezarego Barykę – syna polskich uchodźców, mieszkającego w Baku, czyli dzisiejszym Azerbejdżanie. Chłopak nie zna kraju rodzinnego, a jego dzieciństwo – jako jedynego syna – mija mu naprawdę bajecznie, gdyż… wszystko mu wolno. Dziwny jest więc jego niejaki bunt młodzieńczy wobec matki. Młody Baryka zafascynowany komunistyczną ideologią, stara się dojrzeć – wybrać ostateczną wizję swojego życia i poglądów. Muszę przyznać, że ta powieść Żeromskiego niezwykle mnie zaskoczyła. Już od pierwszej strony uderzył mnie zmieniony styl autora, którego książki zazwyczaj – chociaż objętościowo małe – były ciężkie pod tym względem. Tym razem Żeromski w tej materii posługiwał się niezwykle lekkim, przyjemnym językiem, którym zaciekawiał, a nie nudził! Jego opisy były bardzo płynne – niedługie, jednak bardzo dokładne i oddziałowujące na czytelnika. Nie tylko ich plastyka była barwna – wszystkie obrazy, jakie chciał przedstawić autor, były niezwykle wyraziste. Chociaż nigdy nie zdarzyło mi się to przy lekturze Żeromskiego, doznawałam naprawdę skrajnych uczuć przez te opisy. Obrzydzenia i zmieszania przy opisie pięknej, martwej Ormianki oraz radości przy wydarzeniach w Nawłoci. „Przedwiośnie” – jako powieść podzielona na trzy części – przedstawia różne okresy w życiu Cezarego Baryki. Pierwsza zaszokowała mnie swoimi – niezwykle odważnymi – obrazami rewolucji, dosadnymi i niepozostawiającymi suchej nitki w tym temacie. Kontrastowa była w takim wypadku druga część, która niezwykle przypominała mi klimat „Lalki” i – oczywiście – „Pana Tadeusza”, do którego to były wręcz wyraźne nawiązania. Po tych dwóch obrazach autor konfrontuje w trzeciej części poglądy na rozwój – aktualnie niepodległej i suwerennej – Polski. Spodobał mi się właśnie ten podział, to jak logicznie powiązał Żeromski ze sobą te części, w taki sposób, że łatwo było odgadnąć – „dlaczego tak?”. Dzięki temu też „Przedwiośnie” zaliczyłabym do wielowymiarowych historii, które zawsze przypadały mi do gustu. W porównaniu do innych powieści tego autora, Cezary Baryka jest głównym bohaterem, który nie przyprawiał mnie o ból głowy. Chociaż niekiedy jego wybory, a także poglądy były sprzeczne z moimi, nie nazwałabym go irytującym. Podobał mi się w nim ten upór – to, że próbował różnych rzeczy i cały czas szukał siebie. Żeromski jest chyba jednym z tych autorów, do których naprawdę ciężko było mi się przekonać. Jednak tym razem zadziałała nie tylko odgórna siła, która zmusiła mnie do lektury, ale również zasada – „do trzech razy sztuka”. Tym razem po zamknięciu „Przedwiośnia” byłam zadowolona i usatysfakcjonowana. Dostałam historię wartką, ciekawą i przyjemną w odbiorze, a takie książki darzę szczególnym uczuciem. Nadal jednak nie zaciera ta lektura wrażenia, które już sobie wyrobiłam o Żeromskim – z kolejnymi jego powieściami zapoznam się w dalekiej przyszłości. Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/