2 Obserwatorzy
4 Obserwuję
ludzkasokowirowka

Ludzka sokowirówka

Szczere recenzje na temat tego, co jest na mojej półce i nie tylko.

Teraz czytam

Zombies vs. Unicorns
Garth Nix, Libba Bray, Maureen Johnson, Naomi Novik, Kathleen Duey, Meg Cabot, Carrie Ryan, Diana Peterfreund, Justine Larbalestier, Margo Lanagan, Cassandra Clare, Holly Black, Scott Westerfeld

Olimpos #1

Olimpos #1 - Aki (あき) Wieczność jest tym, o czym pozornie marzymy. Staramy się przedłużać nasze życie na wiele sposobów – czy to poprzez częstsze badania, czy też zdrowszy odżywianie. Co jednak by się stało, gdyby nagle odnaleźć miejsce, gdzie czas nie płynie i faktycznie… można żyć wiecznie? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć Aki. Starożytność to moja ulubiona epoka odkąd tylko pamiętam. Od zawsze pasjonowały mnie stare dzieje, gdzie dopiero kształtowały się podwaliny kultury i ogółem – nasza cywilizacja. Z wielką chęcią sięgam po każdą pozycję związaną z tym okresem – czy to historycznie, czy mitologicznie. Nie mogłam zatem powstrzymać się przed zakupem „Olimposa” – dwutomowej historii, która kusiła zgrabnym opisem i iście śliczną okładką. Ganimedes to książę, którego uroda mogłaby zawstydzić najbardziej przystojnych bogów. Być może to właśnie ona przyniosła mu zgubę. Młody książę bowiem zostaje porwany przez niezwykle kapryśnego boga – Apolla. Ganimedes zostaje uwięziony w Ogrodzie Bogów – krainie, gdzie ciemne, rozgwieżdżone niebo i białe kwiaty ciągną się aż po horyzont. Nie mogąc znaleźć drogi ucieczki, książę traci nadzieje na prawdziwą wolność. Aż pewnego dnia w Ogrodzie Bogów pojawia się ktoś jeszcze – Heinz, młody chłopak poszukujący starożytnych ruin. Apollo podobno wskazał mu wyjście z tajemniczego świata. Czy Ganimedes uwierzy, iż po tylu latach niewoli może odzyskać wolność? Koncept na tę mangę bardzo mnie zaintrygował. Od dawna nie spotkałam się z podobną tematyką w japońskim komiksie – a nawet śmiało powiem: nigdy. Pod tym względem Aki całkowicie zdobyła moje serce. Żałuję, iż w pierwszym tomie autorka nie postanowiła bardziej zainteresować potencjalnego czytelnika. Przez połowę „Olimposa” bowiem nie działo się wiele – a wydarzenia były potraktowane bardzo delikatnie. Dopiero pod koniec akcja nabrała tempa, którego mi brakowało i… wiele zmieniła w mojej ocenie. Aki nie zdołała rozwinąć pomysłu „Olimposa” w pierwszej części. Widać jednak – zwłaszcza po dość tajemniczym zakończeniu – iż jej koncept może zaskoczyć w bardzo pozytywny sposób. Mangaka bowiem – chociaż nie pokusiła się o wyjaśnienie kilku kwestii – pozostawiła bardzo intrygujące elementy, które same w sobie zachęcają do sięgnięcia po drugi tom. Myślę, iż nie tylko mnie do „Olimposa” przyciągnęła naprawdę magiczna okładka – o bardzo delikatnej i kobiecej kresce. Przyznam, iż środek nie zmienił mojego zdania, a także nie rozczarował. Obrazy bowiem są naprawdę śliczne – sensualne, lekkie i subtelne. Kreska była bardzo cienka i gładka, co tworzy magiczną atmosferę. Nie brakuje również w tych rysunkach odpowiedniej dozy ekspresji. Same postacie były dość dobrze dopracowane. Kapryśny bóg Apollo szczególnie podbił moje serce – był kontrowersyjny i bardzo ciekawski na swój, boski sposób. Z jednej strony wydawał się być typem wiejskiego żartownisia, z drugiej zaś zadziwiał swoimi przemyśleniami i niejaką bezwzględnością. Ta dwoistość jego natury były niesamowicie intrygująca. Również Ganimedes – podobnie ważna postać – nie został pominięty przy kreśleniu charakterów. Był to chłopak bardzo piękny, ale również… tchórzliwy i dziewczęcy. Gdy porównujemy jego obraz sprzed uwięzienia, a w trakcie niego – a mamy taką możliwość – widać zatrważającą zmianę, jaka w nim zaszła. Nie jestem pewna, czy jestem całkowicie usatysfakcjonowana tym, co zastałam w pierwszym tomie „Olimposa”, jednak na pewno Aki zaintrygowała mnie na tyle, by zadawać pytanie – co dalej? Z pewnością jest to dobra manga, po którą powinni sięgnąć osoby zainteresowane starożytnością – mimo dość znaczących zmian w mitologii. Jest to nowe, świeże spojrzenie na religię i historię – w dodatku w bardzo ładnej oprawie graficznej. Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Tajemnica Diabelskiego Kręgu

Tajemnica Diabelskiego Kręgu - Anna Kańtoch Podchodzę bardzo entuzjastycznie do polskich autorów, zwłaszcza fantastyki. Wielu z nich udowodniło mi, że mają wyobraźnię, pomysły, a także styl, którym potrafią czarować. Uczyniła to siedem lat temu Anna Kańtoch w serii o Domenicu Jordanie. Nie mogłam zatem odmówić sobie przyjemności poznania „Tajemnicy Diabelskiego Kręgu”. Anna Kańtoch jest absolwentką orientalistyki, a także autorką wielu książek i opowiadań – publikowanych zarówno w osobnych powieściach, a także antologiach i czasopismach. Najbardziej znana jest z trylogii wydawanej przez wydawnictwo Powergraph – „Przedksiężycowi”, a także zbioru opowiadań o przygodach detektywa Domenica Jordana. Anna Kańtoch jest trzykrotną laureatką Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Nina miała osiem lat, gdy z nieba spadły anioły. Ludzie nie byli pewni, czy te istoty zwiastują koniec świata, a może rychły upadek komunizmu w Polsce. Pięć lat później niebiańscy wysłannicy muszą się ukrywać, ścigani przez rządową milicję. Jeden z aniołów, ukryty w kamienicy, w której mieszka Nina, zaprasza ją do miejscowości Markoty. Dziewczyna nie wie, co oznacza nagły wyjazd, ani jaki jest jego cel – spodziewa się jednak wspaniałej, wakacyjnej przygody. W klasztorze poznaje inne dzieci – pozornie nic ich nie łączy: pochodzenie, miejscowości, charakter… Okazuje się, iż w Markotach czeka na grupę trzynastu osób nie tylko zabawa, ale i śmiertelne niebezpieczeństwo. Już od pierwszego zdania powieści byłam przekonana, iż całkowicie mnie ona oczaruje. Nie pomyliłam się, gdyż Anna Kańtoch miała naprawdę dobry pomysł na historię, a – co najważniejsze – zrealizowała go w pełni! Odłożyłam więc tę książkę z uczuciem, że wszystko było tak, jak powinno być – autorka zaskakiwała mnie, trzymała w napięciu i sprawiła, że ciężko było mi opuścić wykreowany przez nią świat. Styl Kańtoch bardzo przypadł mi do gustu – grała językiem, a zarazem czytelnikiem. Jej opisy wytwarzały gęsty, tajemniczy klimat. Tworzyła nietypową atmosferę słowami, co bardzo mnie urzekło. Ponadto wspomniany styl jest bardzo przystępny – używa prostego, przyjemnego języka, kreując świat i bohaterów. Nie ma w jej świecie niedopowiedzeń, wszystko jest barwne i dopracowane. Jak wspomniałam – według mnie – pomysł został bardzo dobrze zrealizowany. Widać było, iż autorka dokładnie go przemyślała. Nie znajdziemy zatem zgrzytów w tajemniczej układance, gdyż wszystko jest logiczne! Ponadto jesteśmy zaskakiwani na każdym kroku – okazuje się bowiem, że tytułowa „tajemnica” nie jest taka prosta. Kańtoch dobrze dobrała czas akcji, dodając „Tajemnicy Diabelskiego Kręgu” wiele realizmu – umieściła anioły w świecie komunistycznego ateizmu. Myślę, iż to wykorzystanie historii, urozmaiciło tę opowieść na tle innych, w których główną rolę odgrywa tajemnica, a także demony i anioły. Strzałem w dziesiątkę byli też bohaterowie. Trzynastoletnia Nina jest bardzo bystrą dziewczyną – zadziwia swoją spostrzegawczością i wiedzą. Nie jest irytującą postacią, na co myślę, że wpływa jej wiek i nieukształtowana osobowość. Właśnie wybranie na postacie w głównej mierze dzieci, sprawiło, iż nawet schematyczne zachowania, dało się usprawiedliwić – one bowiem tak właśnie myślą i reagują! Widząc słabsze oceny tej powieści na różnych portalach czytelniczych, nadal zastanawiam się – jak to możliwe? „Tajemnica Diabelskiego Kręgu” to powieść nie pełna akcji, ale zdecydowanie budująca napięcie – zdecydowanie nie jest przez to nudna, a ekscytująca. Ponadto Kańtoch prezentuje nam historię, która zaskakuje, jest nieprzewidywalna. Mankamentem powieści – mimo wszystko – mogą być naprawdę długie rozdziały, które męczą czytelnika. Przez to ma się wrażenie, iż powieść jest dłuższa niż w rzeczywistości. Jeśli zatem lubicie, podobnie jak ja, czytać od rozdziału do rozdziału – uwierzcie, będzie to ciężkie. „Tajemnica Diabelskiego Kręgu” to z pewnością powieść, którą warto się zainteresować – zwłaszcza, jeżeli lubicie historie, gdzie musicie rozwikłać zagadkę, a także rozważyć zamieszaną w to czarną – lub bardziej nieokreślonego koloru – magię. Nieważne, czy należycie do młodzieży, czy też macie więcej lat na karku, jest to książka, która zainteresuje każdego fana mrocznego fantasy. „[…] potrafiła po prostu dostrzec to, czego zwyczajni ludzie nie zauważali, umiała zajrzeć pod podszewkę codzienności i zobaczyć tam magię, a także niewypowiedzianą grozę.” Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Pretty Little Liars. Bez skazy

Pretty Little Liars. Bez skazy - Sara Shepard Poszukując lekkich, wakacyjnych pozycji nie sposób ominąć serii – dość głośnej – Sary Shepard. Nie ukrywam, że swoją przygodę z gorącym tytułem „Pretty Little Liars” rozpoczęłam – jak wiele osób – od serialu. Zachęcona przyjemnym oglądaniem, postanowiłam sięgnąć po książkowy odpowiednik. „Kłamczuchy” w jakimś stopniu zawiodły mnie, gdyż były dość długim – bo zajmującym cały egzemplarz – wstępem, przedstawiającym postaci i ich pozycję w rzeczywistości, wykreowanej przez autorkę. Nie byłam pewna zatem, czy ta długa seria zainteresuje mnie, gdyż pojęcie akcji było tam… nieznane. Zaryzykowałam - wciąż pod wrażeniem ekranizacji – dając tym samym drugą szansę. Sara Shepard od dziecka, jak każdy, miała wiele planów na siebie. Chciała być gwiazdą oper mydlanych, projektantką klocków Lego lub genetykiem. Ostatecznie zasłynęła, jako pisarka. Inspiracją jej bestsellerowych powieści stały się jej wspomnienia z czasów szkolnych. W Polsce możemy przeczytać dwie jej serie – „Pretty Little Liars” oraz „The Lying Game”. Oba te utwory zostały zekranizowane w postaci serialowej. Śledztwo w sprawie morderstwa Alison DiLaurentis przybiera nieoczekiwany obrót. Do miasta wraca bowiem Toby, co może zwiastować kłopoty. Aria, Emily, Spencer i Hanna podejrzewają, iż to on może stać za zniknięciem i tragicznym losem jej przyjaciółki. Nie zdają sobie jednak sprawy, iż Toby wie więcej niż powinien. Kłopoty stają się nieuniknione, zwłaszcza że A. mąci w życiu dziewczyn coraz bardziej… Co do tej serii Shepard mam mieszane uczucia. Nie powinnam wymagać od nich więcej, niż relaksu, jednak przy drugiej części „Pretty Little Liars” zaczęłam się zastanawiać, czemu autorka w taki sposób dawkuje akcję. Przez połowę „Bez skazy” bowiem miałam wrażenie, iż Shepard ma pomysł na ten tom, jednak chce go jak najbardziej wydłużyć. W efekcie spędzałam czas z bohaterkami przy najnudniejszych czynnościach. W „Kłamczuchach” byłam w stanie przymknąć na to oko, teraz jednak – zaczynało to irytować. Nie mogę jednak stwierdzić, iż styl autorki jest zły. Używa bardzo przyjemnego języka, którym w jakiś sposób uatrakcyjnia życie bohaterek. Tworzy ciekawe obrazy słowami – realistyczne i wyraźnie nakreślone. Nie znajdziemy u niej przesytu w żadnym kierunku – ani opisach tła, ani dialogach. Wszystko jest perfekcyjnie wyważone. Sam pomysł na fabułę jest w moim odczuciu naprawdę dobry – to świetny materiał na książkę przy zatrzęsieniu paranormal romance na rynku. Autorka dobrała idealnie otoczenie, w którym rozgrywa się akcja jej powieści. To środowisko rozpieszczonych Amerykanów, nastolatków, dla których najważniejsza jest popularność i bycie pięknym. Shepard porusza trudny temat znęcania się – przyjaciółek Ali nad innymi uczniami szkoły, a także odwrotnie. Mimo wszystko nie jest to nudna, moralizatorska historia. Autorka miała ciekawy koncept i gdyby tylko popracowała nad tempem akcji, byłby ten potencjał znacznie lepiej wykorzystany. Same główne bohaterki przedstawiają różne sztampowe osobowości. Mamy pięknisię – Hannę, sportowca – Emily, artystkę – Arię oraz kujonkę – Spencer. Mimo wszystko jednak – dzięki takiemu zestawieniu – te schematy nie rzucają się tak w oczy. Wielkim plusem tych serii – dość prozaicznym – jest z pewnością ich szata graficzna, która naprawdę niezwykle do mnie przemawia. Okładki są bardzo minimalistyczne i eleganckie, a ponadto wyróżniają się na sklepowych półkach. To naprawdę strzał w dziesiątkę, a ja – nie ukrywając – rzadko rozpływam się nad oprawą książek. Powieści Shepard nie są ambitnymi książkami – to lektura, po którą sięgamy, kiedy chcemy się zrelaksować. Swoje zadanie wypełniają w stu procentach. Niestety, „Bez skazy” faktycznie prezentuje słabsze strony pomysłu autorki – akcja jest rozciągnięta, a najciekawsze momenty rozgrywają się na ostatnich kartach powieści. To kwestia, którą będą rozważać przed rozpoczęciem „Doskonałych”. Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Jerzy Kosiński

Jerzy Kosiński - Jerome Charyn Rzadko sięgam po biografie, lecz gdy to robię, mam w tym jasno określony cel. Gdy napotkałam na swojej drodze interesującą pozycję o Jerzym Kosińskim z wydawnictwa Czarna Owca, czułam, że muszę poznać w końcu tego autora. Wielokrotnie słyszałam o jego kontrowersyjnej postawie – chociażby na lekcjach języka polskiego – a jego „Malowany ptak” kusił mnie już od dawna. Nie mogłam również przejść obojętnie, gdy zauważyłam, iż książka Jerome Charyna jest reklamowana w istocie jako „powieść”. Byłam ciekawa, jak można połączyć te dwa gatunki – biografię w powieści. Jerome Charyn jest znanym amerykańskim pisarzem. Napisał w swoim życiu ponad trzydzieści książek – między innymi tetralogię, której bohaterem jest Issac Seidel. Jest laureatem wielu prestiżowych nagród, chociażby Rosenthala Amerykańskiej Akademii Sztuki i Literatury. Dzieli swój czas między Nowy Jork a Paryż. Myślę, że ciężko jest znaleźć osobę, która nie kojarzy Jerzego Kosińskiego – postaci tak zaskakującej, jak jego powieść „Malowany ptak”. Jerome Charyn przedstawia zupełnie inną wizję autora. To historia żydowskiego chłopca, który musiał wyrzec się swojego dziedzictwa, by przeżyć. Chłopca, który był zagubiony nie tylko podczas wojny, ale przez całe życie – nigdy nie znalazł swojego miejsca na ziemi. Kosiński to osoba kontrowersyjna – ulubieniec amerykańskich salonów, intrygująca postać dla angielskiej królewskiej rodziny, a także uczestnik wyuzdanych spotkań w klubach SM. Jednak przede wszystkim Charyn kreśli obraz Kosińskiego zagubionego – na każdej przedstawionej płaszczyźnie. Ciekawym zabiegiem autora było nie tylko stworzenie – w rzeczywistości – powieści o Kosińskim. Charyn przedstawia bowiem bohatera z różnych perspektyw, w różnych odstępach czasowych. Niekiedy ma się wrażenie, iż tytuł nie jest zatem zgodny z treścią książki. Kosiński ginie czasami wśród życia przeróżnych postaci, które dominują w powieści. Informacje są szczątkowe, jednak po lekturze układają się w całość – obraz niezwykle treściwy. Trudno określić, czy jest to zabieg trafiony. Podczas lektury miałam wrażenie, iż autor zapomina o Kosińskim zbyt często. Byłam nastawiona na to, iż Charyn – mimo wszystko – przekaże mi o słynnym Jerrym znacznie więcej. Z drugiej strony ta technika bardzo urozmaiciła – kosztem informacji – powieść. Przedstawione zostaje otoczenie, w którym przebywał Kosiński, osoby, z którymi się stykał. Pod tym względem kreacja wiele zyskała. Styl Charyna jest iście powieściowy – kreśli wydarzenia z rozmachem, nie bojąc się dynamizmu, czy też wulgarnego języka. Opisy są niezwykle obrazowe, dodatkowo autor w żaden sposób ich nie łagodzi – przekazuje rzeczywistość bardzo realistycznie. Poświęca czas zarówno na psychologiczny obraz wszystkich bohaterów, jak i tło samej akcji. Jerzy Kosiński po lekturze powieści Charyna jest postacią jeszcze bardziej intrygującą. Autor nie tylko przedstawia niektóre fakty z jego życie, ale równocześnie podaje na tacy powojenną rzeczywistość. Kosiński zastanawia nas swoim specjalnym stosunkiem do Armii Czerwonej, czy też mentalnością Amerykanów. Wątki polityczno-historyczne w pewien istotny sposób wpływają na wydarzenia w całej powieści. Lektura „Jerzego Kosińskiego” – mimo trudów w zrozumieniu skomplikowanego głównego bohatera – była niezwykle pasjonująca. Przede wszystkim zmieniła całkowicie moje poglądy na temat biografii, zachęcając tym samym do dalszego zgłębiania tego gatunku. Dodatkowo z pewnością sprawiła, iż chcę sięgnąć po słynnego „Malowanego ptaka”. „Wszyscy jesteśmy malowanymi ptakami, potworami o ekscentrycznych kolorach, i gdziekolwiek polecimy, bezbarwne ptaki kłują nas swoimi dziobami i ściągają nas na ziemię” Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Mroczny triumf

Mroczny triumf - Robin LaFevers Lubię historie o kobietach silnych – takich, które nie wahają się przesuwać granicy moralności i są zdolne naprawdę do wszystkiego. Powieść LaFevers wydawała się pod tym względem idealna. Pierwsza część zrobiła na mnie pozytywne wrażenie, zachęcając tym samym, by sięgnąć po sequel. Jedyne, czego się obawiałam, to język, który był największym mankamentem „Posępnej listości”. Tym razem jednak autorka zaskoczyła mnie całkowicie na plus, serwując lekturę pełną emocji i akcji na zdecydowanie lepszym poziomie! Robin LaFevers po przeczytaniu „Opowieści z Narnii” w wieku ośmiu lat, wiedziała, iż będzie żyła z pisania książek. Zajmuje się miejscem fantastyki w historii – takie powieści tworzy. Pisanie książek jest dla niej pretekstem do badań historycznych. Uważa, że pisze „żeby uciszyć głosy w swojej głowie”. Jest niepoprawną romantyczką. Sybella jest zupełnie inną postacią od Ismae – to bezwzględna zabójczyni, córka Śmierci. Do dziś nosi blizny zadane przez swojego przybranego ojca, d’Albreta, chociaż nie są one na ciele. Zmagając się z demonami przeszłości, szuka zemsty, która jako jedyna może ukoić jej serce. D’Albret jest zdrajcą Bretanii i Sybella, jako jedyna służka zakonu Świętego Mortaina, ma szansę, by przywrócić koronę prawowitej władczyni. „Mroczny triumf” jest sequelem „Posępnej listości”, który wiele rozjaśnia w sytuacji nie tylko tajemniczej postaci Sybelli, ale ogółem – całej historii. Autorka tym razem skupiła się na części osobistej powieści, nie zaś na politycznych intrygach. Nie zabrakło przez to jednak brutalności, czy też kontrowersji – ba, tego było znacznie więcej! Bolączką poprzedniej części był styl autorki, który był niezwykle uwspółcześniony. Traciliśmy przez to unikalny klimat powieści fantasty w realiach historycznych. Tym razem jednak nie odczuwałam tego nieprzyjemnego skoku czasowego. Język wygładził się i stał się bardziej plastyczny oraz dynamiczny. Akcja bowiem miała odpowiednie tempo, a same wydarzenia były kreślone niezwykle realistycznie. Już przy „Posępnej litości” uważałam pomysł za naprawdę dobry materiał na książkę. LaFevers rozwinęła go w tym tomie i dopracowała do końca, sprawiając, że historia stała się spójna. Losy Sybelli i Isame zazębiają się, uzupełniając obraz zakonu Świętego Mortaina, sytuację w Bretanii oraz postać hrabiego d’Albreta. Autorka urozmaiciła opowieść o wiele brutalnych scen, które często łapią za serce – lub żołądek – czytelnika. Muszę przyznać, iż Isame nie była bohaterką, na jaką czekałam. Dopiero „Mroczny triumf” przyniósł postać, która całkowicie mnie oczarowała i sprawiła, że znacznie szybciej czytało mi się historię LaFevers. Sybella bowiem to bohaterka bezwzględna, sprytna, niezwykle inteligentna. Nie waha się wykonać najbardziej niebezpieczne zadania. Potrafi również zachować stoicki spokój w skrajnych sytuacjach. Z drugiej strony pod tym pancerzem można było zauważyć, jak bardzo pokrzywdzona jest przez los. Mimo tego, iż autorka skupiła się w większej mierze na Sybelli, nie porzuciła tematu suwerenności Bretanii, a także zagrożenia księżnej – jej tronu oraz życia. Temat polityki został zrzucony na drugi plan przez chęć zemsty głównej bohaterki. Ten wątek był jednak tak wielowymiarowy, iż nie sposób było się nudzić! Rzadko zdarza się, by kolejna część jakiejś serii tak przypadła mi do gustu. Sequel „Posępnej litości” dokonał tego, wprowadzając mnie w niezwykły, wręcz magiczny świat tajemniczych zakonów, okrutnych bogów, a także skomplikowanej polityki. „Mroczny triumf” to pozycja, która powinna zaciekawić każdego fana poprzedniej części. Cała seria jest przeznaczona nie tyko dla osób, które lubią fantastykę historyczną, ale również dla tych, którzy gustują w opowieściach dynamicznych z interesującymi postaciami. LaFevers posiada ogromną wyobraźnię, warto ją poznać! „Ismae twierdziła, że umieszczenie piętna w miejscu niewidocznym na pierwszy rzut oka miało uczyć nas pokory. Ja uważałam, że nasz bóg ma po prostu pokręcone poczucie humoru, i groziłam, że jak przed Nim stanę, na pewno Mu to wytknę” Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Druga szansa

Druga szansa - Katarzyna Berenika Miszczuk Ostatnio czytam naprawdę dużo – rozpoczęłam wakacje i sięgam po lektury, na które od dawna miałam ochotę. Jedną z takich pozycji była ostatnia powieść Katarzyny Bereniki Miszczuk. Samą autorkę niezwykle lubię po jej trylogii o Wiktorii Biankowskiej. Tym razem jednak postawiła ona na klimat zupełnie odmienny od tego, który pokazała w poprzedniej serii. Miało być niepokojąco, trochę strasznie… czy tak właśnie to odbieram? Katarzyna Berenika Miszczuk jest lekarką, absolwentką Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Pierwszą powieść napisała w wieku piętnastu lat, a wydała trzy lata później – był to „Wilk”, a jakiś czas później kontynuacja „Wilczyca”. Została za nią nominowana do nagrody Nauthilus, zajęła piąte miejsce. Miszczuk zdobyła popularność dzięki trylogii: „Ja, diablica”, „Ja, anielica” oraz „Ja, potępiona”. Pobudka Julii tego dnia nie była przyjemna. Znajdowała się w tajemniczym szpitalu, nie wiedziała, co się z nią dzieje, a także… nie rozpoznawała swojego odbicia w lustrze. Z czasem dowiaduje się, iż jej rodzina zginęła w pożarze, który tylko ona przeżyła. Na skutek odniesionych obrażeń straciła pamięć. W „Drugiej szansie”, specjalistycznym szpitalu psychiatrycznym, mają jej pomóc wrócić do prawdziwego życia. Okazuje się jednak, iż ośrodek napawa grozą dziewczynę nie tylko dlatego, iż jest ona zagubiona w tej sytuacji. Co bowiem myśleć o tajemniczych szeptach, nieznajomej dziewczynie oraz znikających ludziach? Czyżby Julia faktycznie oszalała? Nie ma dla mnie nic straszniejszego w książkach, filmach oraz historii od szpitali psychiatrycznych. Czuję przed nimi niewysłowiony lęk – przyznaję. Z tym większą ciekawością podeszłam do pozycji Miszczuk, licząc właśnie na – znany mi – horrorwy klimat. Kto przecież nie lubi się bać? Pomysł na fabułę był naprawdę świetny – autorka całkowicie go dopracowała. Umiejętnie wybrała miejsce akcji, a także trzymała w napięciu czytelnika od początku do końca lektury. Zabrakło mi jednak w „Drugiej szansie” większej nieprzewidywalności wydarzeń – w pewnym momencie łatwo można się domyśleć, co stanie się na samym końcu. Byłam jednak pod wrażeniem zamętu, który wprowadziła Miszczuk do książki. Nie byłam pewna, co jest fikcją, a co rzeczywistością – to sprawiało, iż wspomnianą przewidywalność dało się traktować z przymrużeniem oka, gdyż nie była ona tak widoczna. Język autorki bardzo się poprawił – głównie widać to w budowaniu napięcia oraz klimatu historii. Te dwa aspekty zostały doszlifowane do końca. Ponadto styl Miszczuk jest bardzo przyjemny w odbiorze. Mimo mrocznej tematyki, tę książkę czyta się błyskawicznie, dzięki temu, iż autorka z łatwością przekazała na papier realistyczne obrazy ze swojej głowy. Jestem jednak rozczarowana postaciami, które nie były w żaden sposób wyjątkowe. Nie nazwałabym ich złymi, raczej nie wyróżniali się na tle tych wszystkich książek, które mam już za sobą. Sama Julia to postać całkiem przyjemna – nie irytuje swoim zachowaniem, a także jest bystra. Cieszę się, że autorka skupiła się w opisach na psychice bohaterki, tworząc tym samym nie tylko obraz Julii, ale również nastrój grozy, gdy chociażby dziewczyna miała przywidzenia. Żałuję natomiast, iż nie rozbudowała postaci pobocznych – istniały one jakby w innej rzeczywistości oraz były dość szablonowe. Poświęcono im znacznie mniej uwagi w porównaniu do głównej bohaterki, Julii. Pomysł Miszczuk bardzo mnie zaskoczył – w istocie stworzyła trzymającą w napięciu historię, którą czyta się w mgnieniu oka. Wielokrotnie przerywałam lekturę tylko po to, by powiedzieć, że sytuacja wydaje się być niepokojąca. Na głos. „Druga szansa” to powieść, którą pochłonie nie tylko fan fantastyki, ale również osoba, która lubi nietypowy klimat historii, przy których można się zastanowić, co jest prawdą. Myślę, iż jest to jedna z lepszych powieści Miszczuk – być może najlepsza z tych, które ja czytałam. Po prostu, dobra robota! „Podskoczysz nam, a my cię naćpamy. To takie proste. Takie łatwe. Takie… złe.” Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Zagrożeni

Zagrożeni - C.J. Daugherty Z Daugherty miałam niejaki problem od początku naszej „znajomości”. Pierwszy tom jej sagi, „Wybrani”, nie zachwycił mnie tak, jak niektórych, drugi z kolei – namieszał w głowie. Był zdecydowanie lepszy, lecz wciąż dostrzegałam w nim pewne niedoskonałości, które w jakiś sposób psuły lekturę. „Zagrożeni” z tego względu pozostawali dla mnie niewiadomą – byłam ciekawa, czy teraz autorka odejdzie od schematów, które tak mnie w tej serii uderzają, a także czy ogółem zaskoczy mnie fabułą. Nie mam pojęcia jak, ale – udało jej się. C.J. Daugherty jest byłą dziennikarką śledczą. Zajmowała się tematyką polityczną oraz kryminalną. Napisała również kilka książek podróżniczych o Iralndii i Francji. Od zawsze fascynowała ją natura przestępców oraz tych, którzy decydują się na walkę z nim. Cykl „Wybranych” to owoc tejże fascynacji. Autorka mieszka na południu Anglii z mężem, gdzie tworzy dalsze tomy cyklu. Allie po wydarzeniach w „Dziedzictwie” wie, iż na świecie przed Nathanielem nie ma schronienia. Czuje, iż nawet w pozornie bezpiecznej Akademii Cimmeria nie jest wystarczająco chroniona – zarówno ona, jak i inni uczniowie. Gdzieś w tych murach czai się szpieg, który zagraża przyszłości nie tylko szkoły, ale być może i Wielkiej Brytanii. Już od pierwszych stron tej książki łatwo można dostrzec, iż autorka zmieniła coś w swoim pojmowaniu dobrej konstrukcji fabularnej. Dała bowiem czytelnikom to, co przewidywałam od pierwszego tomu – garść tajemnic i dynamikę wydarzeń. Podkręciła tempo oraz skupiła się na sekretach, którymi nęciła od początku serii. Fabuła faktycznie rozwinęła się w bardzo dobrym kierunku. Autorka zdecydowanie mniej poświęciła uwagi wątkowi romansowemu, który jest – nie ukrywając – ogromną pomyłką tej sagi, gdyż jest niezwykle sztampowy. Tym razem podkreśliła niebezpieczeństwo i tytułowe zagrożenie, w jakim znalazły się postacie. Ponadto Daugherty nie odkrywa nadal kart – wciąż ma asa w rękawie, który jestem pewna, iż nas zaskoczy. Postawiła na tajemnice, których nie rozwiązuje – to sprawia, iż „Zagrożeni” są – w mojej opinii – najbardziej emocjonującą częścią tej serii. Co do stylu autorki – jest on naprawdę przyjemny. Narracja wyrównała się, trzyma poziom i sprawia, iż pochłania się tę powieść w ekspresowym tempie. Daugherty pisze prosto i z sensem – być może nie ubarwia powieści w ten sposób, jednak nie można jej odebrać tego, iż potrafi stworzyć napięcie. Głównym atutem tego tomu jest akcja, której naprawdę nie brakuje. Inaczej sprawa ma się z bohaterami, których ja osobiście nie trawię. Wydają się być coraz bardziej przerysowani z każdym kolejnym tomem. Są sztuczni, sztampowi… dzielą się dość wyraźnie na dobrych i złych, co sprawia, iż nie potrafię się do nich przyzwyczaić. Największą moją bolączką jest Allie, której autorka poświęca najwięcej uwagi – przez to wystaje ona niczym wieża wśród innych bohaterów, gdyż jest najbardziej dopracowana. Miałam przez to wrażenie, iż Daugherty hiperbolizuje jej czyny, a także jej pozycję w powieści. Cieszę się, że autorka stosunkowo zmniejszyła odniesienia do romansu w książce. Jak wspomniałam – wątek ten jest niezwykle banalny i przewidywalny. Trójkąty miłosne są powszechne w literaturze od dawna. Być może gdyby autorka bardziej podnosiła napięcie między postaciami, tak jak czyniła to w tym tomie przy fabule, odniosłaby lepszy efekt. Jak na razie uczucie u Daugherty jest jednak – jak dla mnie – zbyt proste i oczywiste. Poziom serii znacznie podniósł się po „Zagrożonych”. Nie spodziewałam się tego, gdy rozpoczynałam lekturę, jednak warto było kontynuować przygodę z tą sagą. Jestem coraz bardziej zaintrygowana, co stanie się dalej – autorka w końcu pokazała na co ją stać, a ja podnoszę poprzeczkę! Niezdecydowanym polecam, gdyż widać, iż Daugherty ma pomysł i realizuje go bardzo konsekwentnie. Czekam na kolejny tom! Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Morza Wszeteczne

Morza Wszeteczne - Marcin Mortka Szczerze mówiąc bardzo długo wzbraniałam się przed jakąkolwiek tematyką piracką. Morze, bitki i szalone życie marynarzy nigdy mnie nie interesowało. Wszystko zmieniło się, gdy – po wielu namowach – obejrzałam słynnych „Piratów z Karaibów” i przyznałam rację, iż może to być naprawdę ciekawe. Jakiś czas później trafiłam na powieść Marcina Mortki „Morza Wszeteczne”, które… całkowicie zawirowały mój światopogląd! Marcin Mortka jest znanym polskim pisarzem fantasy, urodzonym w Poznaniu. Studiował skandynawistykę na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Z zawodu nauczyciel angielskiego i norweskiego, pilot wycieczek zagranicznych oraz tłumacz. Zadebiutował literacko w 2003 roku powieścią „Ostatnia saga”. Publikacja Uroborusa jest jedną z jego najnowszych historii. Kapitan Roland zwany Wywijasem zaczyna swoją przygodę tak, jak wielu kapitanów przed nim to czyniło. Uzupełnia swoją załogę w mieście portowym, Necroville, może się jednak poszczycić bandą najbardziej plugawych person na całym Morzu Wszetecznym – kroku dotrzymują mu zarówno gobliny, szamani, pół-gobliny, a także satyrzy. Wesoła gromadka jednak staje przed niezwykłym i niebezpiecznym zadaniem, gdy wkraczają na pokład Błędnego Rycerza. Czeka ich bowiem wojna – okraszona salwami śmiechu, własnymi trunkami i… gorącymi demonicami. Do tej pory miałam styczność z Marcinem Mortką jedynie przy książkach, które tłumaczył. Byłam niezwykle ciekawa, jak wypada z własnymi historiami. Tył okładki dumnie głoszący powrót „mistrza pirackiego fantasy”, nastrajał mnie tym bardziej pozytywnie. Przyznam jednak, że na początku nie byłam zachwycona. Trzeba zauważyć, iż autor wrzuca czytelnik w prawdziwy wir wydarzeń już w pierwszym rozdziale. Jest dużo, jest szybko. To wcale nie jest minus, jednak początkowo łatwo pogubić się w sytuacji i otoczeniu, które stworzył Mortka. Ten chaos rozprasza, tego nie da się ukryć – przy tak rozbudowanym pomyśle autor chciał pociągnąć czytelnika za nos i udało mu się to idealnie, niemniej mankamentem pozostało zagubienie w wydarzeniach, nazwiskach oraz miejscach. Na szczęście – można się stosunkowo szybko przyzwyczaić do rzeczywistości w „Morzach wszetecznych”. Sam styl autora jednak jest całkowicie w moim guście. Mortka bowiem pisał bardzo obrazowo – z łatwością byłam w stanie wyobrazić sobie postacie i ich zachowanie. Nie zabrakło też humoru, na którym tak mi zależało, gdyż piracka kompania właśnie z zabawą mi się kojarzyła – to też otrzymałam. Ponadto autor w bardzo umiejętny sposób manipulował tempem wydarzeń, które tak jak zaczęły pędzić w pierwszym rozdziale, nie zwalniały ani na chwilę. Ta powieść jest pełna akcji, czyta się te długie rozdziały w mgnieniu oka. Mortka przedstawił nam plejadę interesujących postaci, których nie sposób zapomnieć – nawet po zakończeniu lektury! Muszę przyznać, iż dawno nie spotkałam tak różnorodnych i oryginalnych – przez wielkie „O” – bohaterów. Nigdy nie spotkałam się z podobnymi, co mile mnie zaskoczyło. Cechuje ich nie tylko nietuzinkowy wygląd, ale również zachowanie. Kapitan Roland jest chyba najbardziej zagadkową postacią z nich wszystkich, której nie tylko wygląd, ale i przeszłość mnie zainteresowała. Jest piratem z krwi i kości – węszy podstępy, jest sprytny i – nie ukrywając – ma gadane! Bardzo pozytywnie odebrałam pomysł autora na ubarwienie tej historii motywami aniołów i demonów, których początkowo się nie spodziewałam. Dodało to „Morzom Wszetecznym” naprawdę wiele pod względem samej fabuły – była naprawdę atrakcyjna. Całą powieścią jestem niezwykle zaskoczona – w ostatecznym rozrachunku połknęłam ją w kilka dni, co w gorącym okresie maturalnym jest nie lada wyzwaniem. „Morza Wszeteczne” to historia, która nie tylko odpręża i bawi czytelnika, ale jest również bardzo dobrze skonstruowana – nawet bardziej wymagający odbiorca będzie po niej zadowolony. Nie pozostaje mi nic innego jak czekać na „Wyspy Plugawe”, gdyż coraz bardziej podobają mi się pirackie klimaty. Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Rewolucja według Ludwika tom 1

Rewolucja według Ludwika tom 1 - Kaori Yuki Jestem zwolenniczką wszelkiego rodzaju zabaw oraz przeinaczeń, jeśli chodzi o baśnie. Uwielbiam innowacyjne, uwspółcześnione pomysły i chętnie sprawdzam efekty. Kiedy zatem usłyszałam, iż w Polsce zostanie wydany „Ludwig Kakumei” mojej ulubionej mangaki – Kaori Yuki, byłam przekonana, że muszę dorwać w swoje ręce egzemplarz jak najszybciej. Kaori Yuki urodziła się w Tokio. Została profesjonalną rysowniczką mang po wygranej w konkursie organizowanym przez „Hana to Yume”. Zadebiutowała w 1987 roku pracą „Natsufuku no Eri” w „Bessatsu Hana to Yume”. W Polsce znamy ją z głośnej serii „Angel Sanctuary”, traktującej o Bogu, aniołach, piekle oraz kazirodztwie. Książę Ludwika łatwo da się określić – jest niezwykle przystojny, cyniczny, inteligentny i… uwielbia kobiety. Właśnie to ostatnie zgubiło go. Zirytowany ciągłymi romansami ojciec księcia, rozkazuje mu wyruszyć w podróż po kraju w poszukiwaniu idealnej małżonki, przyszłej królowej. Rozpoczyna zatem wyprawę po świecie groteskowym, gdzie postacie z baśni braci Grimm są przedstawione w krzywym zwierciadle. Pomysł Kaoru Yuki bardzo przypadł mi do gustu. Miałam już do czynienia z różnymi przedstawieniami baśni – myślę, że każdy spotkał również te mniej udane wersje ulubionych klasyków. Przed lekturą „Rewolucji według Ludwika” targało mną wiele wątpliwości, gdyż często mówi się, iż historie tej rysowniczki nie są głębokie, a jedynie jej kreska ją wyróżnia. Postanowiłam zaryzykować – chociażby dla tych wrażeń estetycznych! Tego bowiem nie można odebrać Kaoru Yuki – ma przepiękny styl i gust, jeśli chodzi o obrazy. Jej rysunki są niezwykle dokładne – wyróżniają się realistycznymi, majestatycznymi tłami oraz dbałością o wszelkie detale. Uwagę warto zwrócić przede wszystkim na postacie oraz ich ubiór, widać w nich niezwykłe bogactwo, przepych szczegółów. Zewsząd zalewają nas kunsztowne obrazy – każda strona jest dopracowana, co ucieszy nawet najwybredniejszego czytelnika. Tym większą radość sprawiło mi, iż grafika to nie jedyna zaleta „Rewolucji według Ludwika”. Pomysł na fabułę nie jest oryginalny – nie pierwszy raz stykamy się z uwspółcześnionymi baśniami. Autorce jednak udało się wprowadzić powiew świeżości do utartych schematów, nadając im zupełnie inne brzmienie. Tym sposobem historię dosłownie – połknęłam w całości. Ponadto warto wspomnieć, że wspomniany erotyzm, a także dewiacje w „Ludwig Kakumei” – owszem, występują, jednak są podane w interesującej formie, która nie razi, a… intryguje. Manga ma bowiem bardzo unikalny, baśniowo-gotycki klimat – mieszanka iście czarowna. Kaori Yuki słynie z dość kontrowersyjnych tematów, na nie liczyłam i w żadnym wypadku mnie nie zawiodła! Sam Ludwik jest postacią, którą fanki shoujo pokochają. Z wizualnej strony prezentuje się nieziemsko. Ponadto jest niezwykle tajemniczy, sarkastyczny i bystry – to typu bohatera, który nie irytuje, co może niekiedy dziwić. Żałuję, iż autorka nie rozwinęła postaci drugoplanowych w tym tomie – wciąż ich charakter jest mglisty, niepogłębiony. Oczekiwałam pod tym względem znacznie więcej. Mimo wszystko „Rewolucja według Ludwika” jest mangą, po którą warto sięgnąć. Jest to świetny wybór dla fanów baśni, a także kontrowersyjnych rozwiązań. Akcja rozwija się w niej w odpowiednim tempie, zaskakuje czytelnika i bawi go. Z pewnością zaopatrzę się również w kolejne tomy i mam cichą nadzieję, że JPF rozważy wydanie innych dzieł tej autorki. Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Dziecię ognia

Dziecię ognia - Harry Connolly Istnieją książki, w których znany motyw mimo wszystko nie odstrasza. Niekiedy lubimy sięgać po coś, co w jakimś stopniu jest nam bliskie i wiemy, że nie będzie mocno szarpało za serducho podczas lektury, a jedynie zajmie na jakiś czas umysł. Do takich książek dla mnie zdecydowanie należy „Dziecię ognia”, po którym nie spodziewałam się wiele, a oprócz opisu, który wiele mi nie mówił, moja wiedza o tej powieści była zerowa. Z tego też Harry Connolly miał naprawdę trudne zadanie – bo jak zadowolić „przypadkowego” czytelnika, którego przyciągnęły do historii słowa scenarzysty „Piratów z Karaibów”? O Harrym Connollym bardzo ciężko znaleźć informacje. Sam twierdzi, że gdy rozpoczął współpracę z Del Rey, pytany o biografię miał ciężki orzech do zgryzienia. Uważał bowiem, iż jest ona na tyle nieciekawa i nudna, że nikogo by nie zainteresował. Stąd też w Internecie dowiadujemy się o kilku rzeczach, które go nie zabiły, jak upadek ze schodów, kiedy miał pięć lat (niczym Mickiewicz, który wypadł matce przez okno jako niemowlę). Jest autorem kilku powieści, w tym popularnej serii „Twenty Palaces”, rozpoczynającej się od wydanej właśnie w Polsce – „Child of Fire”. „Dziecię ognia” to obraz tajemniczego miasteczka – takiego typu, gdzie każdy się zna, a nieufność do obcych jest normą. W wir sekretów Hammer Bay zostaje rzucony Ray Lilly, były więzień, posiadający nie tylko sprawne ręce przy kradzieży samochodów, ale również wyczucie czasu. Wraz z Annalise, swoją enigmatyczną szefową, musi odkryć co kryje się za nadnaturalnymi śmierciami niewinnych dzieci. Nie wiedzą jednak, iż ich moc musi przeciwstawić się ogniowi drapieżcy, potężnego ducha z Pustki. Fabuła wcale nie brzmiała obiecująco, gdyż historii takich jak ta jest na rynku naprawdę wiele. Zdecydowałam się jednak sięgnąć po tę powieść, gdyż dawno nie miałam w rękach tego typu książki – traktującej o małych miastach i tajemniczej sile w nich drzemiącej. Moje zaskoczenie było zatem ogromne, gdy już przy pierwszym „podejściu”, pochłonęłam ponad sto stron. Jest to zasługa naprawdę dobrze poprowadzonej akcji. Harry Connolly bowiem posiada typowo męski styl – rwący, gdzie tempo nie zwalnia, a przyśpiesza z każdą stroną. Dzięki temu powieść czyta się błyskawicznie, bez chwili na oddech. Autor kończy prawie wszystkie rozdziały w taki sposób, że chce się czytać dalej. Z tego też względu, chociaż fabuła nie jest odkrywcza i bardzo oryginalna, ma się wrażenie zupełnie odwrotne, właśnie przez pęd wydarzeń, a także ich nadmiar. Dodatkowo język autora jest bardzo przyjemny sam w sobie – wyraźnie nakreśla akcję, ale nie zaniedbuje równocześnie tła. Wychodzi z tego łatwa w odbiorze mieszanka, którą można czytać zarówno w zatłoczonym autobusie, jak i w zaciszu własnego pokoju. Wielki żal natomiast do autora za niedostateczne rozbudowanie postaci. Każdy z tych charakterów „czytałam” wcześniej, co niekiedy psuje lekturę. Liczyłam na nieco więcej pod tym względem. Ponadto postać Raymonda wydaje się w pewien sposób nieuściślona – miałam w stosunku do niego nieco sprzeczne uczucia. Zrozumiałam, iż autor chciał pokazać dwoistość jego natury, jednak miałam wrażenie, że nie dopracował go. Z kolei dobry początek rysu psychologicznego miała Annalise – była postacią bezwzględną, która chciała tylko i wyłącznie wykonać zadanie. Żałuję, iż Connolly poświęcił jej tak mało stron w powieści, być może bardziej by ją urozmaiciła, bowiem drugoplanowi bohaterowie całkowicie giną wśród kartek. W ostatecznym rozrachunku „Dziecię ognia” to powieść, która naprawdę może się spodobać – relaksuje i jednocześnie bawi. Mimo obaw powtarzalności, autor wiele nadrobił znakomicie poprowadzoną akcją, mocną i szybką. Sprawia to, iż czytelnik nie nudzi się, a chce poznać dalsze losy bohaterów, które – mimo wszystko – zaskakują. Nie braknie bowiem w powieści brutalności, czy też zwrotów akcji, a także – co bardzo ważne – zadziwiającego zaskoczenia, świadczącego o kontynuacji. Mimo mankamentów, jestem zadowolona, iż miałam okazję poznać historię Raya – zupełnie inną od tego, co czytałam nie tak dawno. Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Cudzoziemka

Cudzoziemka - Maria Kuncewiczowa Myślę, iż każdy z nas zna dziwne książki. Mam na myśli egzemplarze, które ciężko nam zaklasyfikować, a także odnieść się do nich. Z jednej strony podobają się nam, jednak po dłuższych rozważaniach… nie wiemy czemu. Tyle dylematów mam właśnie z „Cudzoziemką” Kuncewiczowej, która całkowicie namieszała mi w głowie i po kilku tygodniach od lektury nie jestem pewna – polecać, czy też nie. Maria Kuncewiczowa studiowała literaturę i muzykę w Krakowie, Warszawie, a także w Paryżu. Debiutowała w „Pro arte et studio” prozą poetycką „Bursztyny”. Współpracowała z wieloma czasopismami – między innymi z „Bluszczem”, czy też „Wiadomościami Literackimi”. Jest jedną z najbardziej znanych przedstawicielek polskiej prozy psychologicznej. Skupiała się na kobietach – ich przeżyciach, doświadczeniach w małżeństwie i macierzyństwie. Jej najpopularniejszą powieścią jest „Cudzoziemka”, do której inspiracje czerpała z obserwacji własnej matki. Losy Róży Żabczyńskiej nie są szczęśliwe – była piękną i utalentowaną młodą kobietą, gdy doświadczyło ją życie. Po utracie swojej pierwszej miłości i zaprzepaszczeniu muzycznej kariery, całkowicie zamknęła się na otaczający świat, chroniąc za grubym pancerzem złości. Nie liczył się dla niej nikt, obwiniała każdego za to, iż czuje się obca w tym świecie. Nie była Rosjanką, nie była Polką – była „Cudzoziemką”. Dawno nie spotkałam się z powieścią, która pokazywałaby bohatera w tak negatywnym świetle, jak uczyniła to Maria Kuncewiczowa. Najwyraźniej, by spotkać się z tak odważną kreacją postaci, należy sięgnąć do klasyki – szeroko rozumianej. Róża bowiem to postać, którą autorka kreśli pewnie, nie boi się jej ośmieszenia, chociaż jej zachowanie bardzo często wydaje się odbiorcy absurdalne. Nie wybiela jej również, stara się natomiast prowadzić narrację w taki sposób, by czytelnik sam zdecydował, jaki ma do niej stosunek. Kuncewiczowa opisuje wydarzenia na dwóch płaszczyznach – przeszłości i teraźniejszości. Wprowadza tym pewien mętlik i chaos, gdyż jak okazuje się po lekturze, historia w rzeczywistości rozgrywa się w ciągu jednego dnia. Sama narracja jest bardzo skomplikowana, co wielokrotnie utrudnia lekturę. Jest to niezwykle dokładne studium wnętrza kobiety samotnej – rozdartej i niestabilnej emocjonalnie. Warto zauważyć, iż w „Cudzoziemce” nie znajdziemy akcji, co nie dziwi, biorąc pod uwagę, że jest to powieść psychologiczna. Nie mogę jednak stwierdzić, iż opisy przeżyć wewnętrznych bohaterki znudziły mnie podczas lektury. Są one prowadzone tak sprawnie, tak realistycznie, że byłam zaintrygowana jej historią. To na niej skupia się Kuncewiczowa. Róża jest postacią o dwóch różnych twarzach – z jednej strony jej życie to pasmo agresji, złości i wylewania tych emocji na swoją rodzinę, z drugiej zaś – w nielicznych, wyjątkowych momentach – pokazuje, iż jest bohaterką, stworzoną do rzeczy wielkich, niezwykłych. Nie ukrywam jednak, iż przez całą lekturę Żabczyńska irytowała mnie swoim zachowaniem i brakiem empatii. Nie potrafiła zrehabilitować się w moich oczach, mimo starań autorki o pozytywne podsumowanie życia Róży. „Cudzoziemka” to lektura niezwykle specyficzna, która niezwykle mnie zadziwiła. Wybierając ją do swojej prezentacji maturalnej z polskiego, szukałam kobiety niespełnionej, jednak Róża pozornie nie sprawia takiego wrażenia. Jest postacią twardą, bardzo ostro zarysowaną – napędza tę historię. Dopiero po zakończeniu lektury, dociera do nas tragedia jej życia. Była to moja kolejna przygoda z powieścią psychologiczną, tym razem dosyć udana. Mimo antypatii, jaką czułam do bohaterki, jej losy zafascynowały mnie, a samą książkę przeczytałam z przyjemnością. Momentami jest to historia ciężka, smutna – nie należy do łatwych. Wywołuje jednak wiele emocji w czytelniku, których tak poszukiwałam podczas lektury. Jeśli zatem ktoś chce przeczytać powieść, w której bohater jest ujęty w niezwykłym, nietypowym świetle – jest to pozycja dla niego. „Czy wiesz ty – zadała jeszcze jedno pytanie – że ze mną wszędzie tak? I zawsze? Że gdy tylko ja ruszę się, wszędzie o mnie tak mówią: cudzoziemka?” Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Dżuma

Dżuma - Albert Camus Chociaż często mówi się o tym, iż kobiety mają szósty zmysł, mój często zawodzi mnie odnośnie książek. Jeszcze nigdy – do tej pory – nie zdarzyło mi się, by przewidywania pokryły się z ostateczną oceną w całości. Jednak wyjątek w końcu – na nieszczęście – się znalazł. Nie jestem z tego powodu dumna, ponieważ chociaż przeczuwałam, iż „Dżuma” może mnie zawieść, nie spodziewałam się aż takiej klapy. Tymczasem gdy tylko przeczytałam tę powieść, ze wstrętem odniosłam ją do biblioteki, by natychmiast o niej zapomnieć. Także zrobię to tylko i wyłącznie raz – opowiem, co mi się w niej nie podobało i zamknę ten temat. Albert Camus to francuski pisarz, dramaturg i eseista. Przede wszystkim jednak był czołowym przedstawicielem egzystencjalizmu w literaturze. Pochodził z ubogiej rodziny robotniczej. Mimo bardzo trudnej sytuacji, udało mu się zdobyć stypendium, a także ukończyć edukację licealną. Studiował na wydziale filozofii Uniwersytetu w Algierze. Początkowo zajmował się publicystyką, pracował jako dziennikarz. Jako pisarz debiutował utworem „Obcy”. Siedem lat później wydał „Dżumę”, jednak do jego popularnych powieści należy dodać również „Upadek” oraz „Wygnanie i królestwo”. „Dżuma” to powieść-parabola, opowiadająca o epidemii w mieście Oran w 194X roku. Historia rozpoczyna się spokojnie – nikt nie spodziewał się, iż niedługo choroba pochłonie miasto, a wraz z nim większość mieszkańców. Zmienia się nie tylko organizacja życia społecznego, ale również wolności przynależne człowiekowi – nie można opuścić miasta, należy dobrowolnie poddawać kwarantannie, a także… przeciwstawiać się szaleństwu, jakie ogarnęłoby każdego w takiej sytuacji. Głównym bohaterem „Dżumy” jest doktor Rieux – postać niezwykle bohaterska, nie obawiająca się choroby, a podejmująca z góry przegraną walkę z nią. Nic nie odbierze „Dżumie” naprawdę dobrej symboliki, która mnie w sposób porażający zaskoczyła. Nigdy nie spodziewałam się, że ten ma zupełnie inną wymowę, niż dosłowną. Pod tym względem Camus bardzo mnie zadziwił swoimi odniesieniami do wojny, a również zła samego w sobie. Jak się bowiem okazuje tę historię można odbierać na wiele sposobów, co dodaje jej naprawdę wiele walorów. Słabiej z kolei wypada sama narracja w konwencji kronikarskiej, do której w innym wypadku nie miałabym zastrzeżeń. Jest to bowiem koncept, który sprawia, iż jesteśmy zainteresowani tą osobą, która spisuje dzieje Oranu, a także etapy choroby – możemy przez większą część utworu gdybać na ten temat. Jednak kronikarz bardzo często – mnie osobiście – nudził, głównie zbyt długim wdawaniem się w rozważania na temat egzystencjalnej roli człowieka na świecie, w społeczeństwie, a także samego absurdu jego życia. Chociaż takie było jedno z głównych założeń utworu, nie wpłynęło to w moich oczach na odpowiednią jego recepcję. Również język był niezwykle monotonny, nużący – brakowało mi dynamizmu sytuacji oraz jakiejkolwiek ekspresji w tekście. Niekiedy miałam ochotę opuszczać całe akapity, gdyż wiedziałam, że mnie znudzą. Przez to lektura „Dżumy” była niezwykle ciężka, mimo interesującej tematyki. Styl Camusa niestety nie przekonał mnie do siebie, odstraszył mnie już po pierwszym rozdziale i skończenie tej – krótkiej, jakby nie patrzeć – powieści graniczyło dla mnie z cudem. Udało mi się przewrócić ostatnią stronę tylko i wyłącznie z czystego uporu czytelniczego. Czas, jaki minął od przeczytania przeze mnie „Dżumy”, nie zmienił mojego zdania na temat języka, który był zbyt ciężki, jak na tak szczupłą lekturę, a może i tematykę. Nie ukrywam, iż jestem bardzo rozczarowana lekturą Camusa. Spodziewałam się czegoś znacznie lepszego, jednak autor kompletnie nie podołał moim oczekiwaniom. Udowodnił tym samym, iż koncept, symbolika oraz interesująca tematyka, nie są materiałem na sukces, gdyż język jest niezwykle ważny – chociaż nigdy nie najważniejszy. Nie jestem pewna, czy po „Dżumie” mam ochotę sięgnąć po jakikolwiek utwór Alberta Camusa – na razie na pewno odpuszczę. Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Nana

Nana - Emil Zola Myślicie, że klasyka jest nudna? To chyba jeszcze nie poznaliście powieści Emila Zoli! „Nana” to moje pierwsze spotkanie z nim, które zaaranżowałam z pobudek czysto szkolnych – moja prezentacja maturalna bez tej pozycji z pewnością nie istniałaby. Tym sposobem trafiłam na naprawdę genialną, porywającą i bez miara kontrowersyjną historię tytułowej Nany – femme fatale, która zawsze chciała więcej. Emil Zola zasłynął jako literacki rewolucjonista. Jego eksperymentalna metoda odnosiła się do całkowitego obiektywizmu opisywanych wydarzeń. Zgodnie z przewidywaniami Stendhala był autorem niezrozumianym, a jego dzieła wciąż okryte są tajemnicą. Według samego Zoli „dzieło literackie jest zakamarkiem natury, widzianym poprzez temperament pisarza”. Z pochodzenia był Włochem, który otrzymał obywatelstwo francuskie. Jest on prekursorem naturalizmu. Do jego najsłynniejszych dzieł należy przede wszystkim „Germinal”, ale również „Nana”, czy też „Ziemia”. „Nana” jest dziewiątym tomem cyklu Rougon-Macquartowie. Poświęcony jest losom tytułowej bohaterki, Anny Coupeau. Zola przedstawia nam głębokie studium życia prostytutki, a równocześnie obraz społeczeństwa paryskiego w okresie panowania Napoleona III. Zola nazwał ten utwór „poematem samczych pożądań”. Przyznam szczerze, że wybierając tę powieść do prezentacji, liczyłam na historię kontrowersyjną, która zaskoczy mnie w każdym rozdziale. Zola podołał moim oczekiwaniom, dając mi spójną i niezwykle szokującą treść, której tak pożądałam. Nie bez powodu – uwierzcie – jest to autor tak znany. Zarówno jego język, sposób przedstawiania wydarzeń, a także temat urzekają czytelnika. Styl autora bowiem jest jedynie pozornie obojętny. Chociaż Zola trzymał twardy i chłodny osąd, widać niekiedy jego sympatię do postaci. Język, jakim się posługuje, jest bardzo prosty i łatwy w odbiorze. Ponadto autor zachwyca realizmem – opisy są dokładne, szczegółowe i dodatkowo barwne. Ułatwia to recepcję dzieła i sprawia, iż utwór wydaje się bardzo żywy. Z łatwością można wyczuć atmosferę powieści, a także poczuć, iż jesteśmy wśród brudnych paryskich uliczek, czy też w dusznym teatrze. Jednak nie tylko na otoczeniu skupia się autor. Styl autora intryguje głównie przy tworzeniu postaci – bardzo realistycznych, o własnych popędach i indywidualnych charakterach. Każdy z nich jest inny, nie znajdziemy dwóch takich samych cech. Jedyne, co ich łączy, to płciowość. Sama fabuła powieści jest bardzo zaskakująca, zwłaszcza gdy zauważymy rok jej wydania. Tematyka, jak na tamte lata, była naprawdę kontrowersyjna. To właśnie w XIX wieku do głosu doszedł margines społeczny, który został w tej powieści skomasowany w Nanie. Autor nie wahał się przed poruszeniem trudnego tematu, a losy głównej bohaterki zostały rozpisane z odwagą i rozmachem, który sprawia, iż tę książkę się dosłownie wciąga. Nana jest postacią bardzo trudną do analizy. Z jednej strony to w pewien sposób skrzywdzona przez życie kobieta, która ze względów finansowych nie miała innego wyboru, jak sprzedawać swoje ciało. Kontrastowo jednak przedstawia się jej zachowanie, gdy nawet coś zdobędzie. Wtedy zadziwia, jest oszalała z pragnienia. Marzy o tym, by posiadać więcej, być tą najsławniejszą i najbardziej uwielbianą. Ponadto zaskakuje uwielbieniem do swojego ciała, które jest jej jedyną nadzieją na sławę i pieniądze. Jej chwiejność emocjonalna – paradoksalnie – jest pokazana bardzo naturalnie. Najbardziej interesująca jednak jest refleksja nad metaforą samej powieści, która do mnie dotarła stosunkowo późno. „Nana” bowiem to dzieło o kondycji społeczeństwa, a ściślej marginesu paryskiego – wykorzystywanego, spychanego coraz głębiej, a przez to zmuszonego do skrajności. Zola całkowicie rzucił mnie na kolana – swoim językiem, pomysłem i tym, co zawarł w swojej powieści. Przekonał mnie, by sięgnąć po inne jego utwory, które podejrzewam, że mogą być nawet lepsze od „Nany”. Niemniej aktualnie jest to historia, którą swoją niejednoznacznością podbiła moje serce, co samo w sobie jest najlepszą rekomendacją, by ją przeczytać. „Do największych przyjemności Nany należało rozbieranie się przed szafą z lustrem, w którym widziała się od stóp do głów. Zrzucała wszystko, nawet koszulę. Potem zupełnie naga wpadała w zadumę i długo wpatrywała się w siebie (…) Zakochana w sobie, stawała się poważna i skupiona. Często fryzjer zastawał ją w tej w takiej pozie, a ona nawet nie odwracała głowy. Muffat gniewał się z tego powodu, ale Nanę to dziwiło. Co on sobie myśli? Wszak ona robi to dla siebie, wyłącznie dla siebie” Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Tango

Tango - Sławomir Mrożek Dramaty to – mimo całej sympatii dla „Dziadów” Mickiewicza – nie moja bajka. Nigdy nie potrafię się w nie wciągnąć całkowicie i zawsze czuję niedosyt. Same słowa bohaterów i krótkie didaskalia niestety nie nakreślają mi akcji w taki sposób, by całkowicie mnie pochłonęła. Jednak „Tango” Sławomira Mrożka wpłynęło na mnie zupełnie w inny sposób – pierwszy raz od dawna byłam zadowolona, iż muszę sięgnąć po dramat! Sławomir Mrożek urodził się w 1930 roku w Borzęcinie. Debiutował w wieku dwudziestu lat na łamach „Przekroju” reportażem odnośnie powstawania Nowej Huty. Jest jednym z najbardziej cenionych dramaturgów polskich. Uczniowie znają go głównie z „Wesela w Atomicach”, ale również z „Tanga”, jednak pisał on również scenariusze filmowe, między innymi do „Wyspy róż”, czy też „Powrotu”. „Tango” to specyficzny dramat. Znajdujemy się w mieszkaniu Stomila i Eleonory, gdzie wszelkie zasady są łamane nagminnie. Nic w nim nie jest na swoim miejscu, a chaos stał się normą. Wnętrze pokoju przypomina śmietnik – stosownie do otoczenia absurdalne są zachowania mieszkańców i gości. Jak w takim razie ma się buntować młody Artur, gdy bunt sam w sobie jest normalny? Konflikt pokoleń w bardzo ciekawej formie, gdy dorośli są niezwykle infantylni, a także walka między młodym idealistą i wszechchamem, Edkiem. Warto zaznaczyć, że prawdopodobnie na mój dobry odbiór „Tanga” miało wpływ przede wszystkim przedstawienie, na którym byłam ponad rok temu w Teatrze Narodowym w Warszawie. Dzięki temu, mając w pamięci spektakl, znacznie łatwiej mogłam zrozumieć samą sztukę. Brawurowa gra Marcina Hycnara w roli Artura podbiła moje serce, podobnie jak zabawny Grzegorz Małecki jako Edek. „Tango” to specyficzna lektura, która bawiła mnie od samego początku. Chociaż Mrożek przestrzegał zasady trzech jedności, widoczne jest gołym okiem, iż jest to sztuka niezwykle niestandardowa. To zasługa przede wszystkim wspomnianego humoru – w każdej materii. Znajdujemy tutaj oprócz słownego, również sytuacyjny, czy też postaci (głównie w osobie Edka). To sprawia, iż bliżej „Tangu” do tragikomedii. I jest to zabieg, który wywołuje nie tylko salwy śmiechu, ale również uwspółcześnia to dzieło w taki sposób, iż może rozbawić nawet tę niechętną lekturom młodzież. Akcja dramatu jest bardzo interesująco skonstruowana. Głównym tematem jest konflikt pokoleń w domu, gdzie wszelkie zasady zostały zatracone. Dzięki temu tempo podtrzymywane przez humor, trzyma bardzo dobry poziom i nie nudzi czytelnika. Ze swojej strony zalecam czytanie na głos, by zobaczyć, jak słowa nabierają tempa same w sobie, z czym jeszcze nigdy się nie spotkałam. Na uwagę jednak przede wszystkim zasługują postacie „Tanga”, gdyż są one nie tylko niecodzienne, ale również – co rzadko dostrzegam w dramatach – dopracowane. Nie sposób nie wspomnieć o głównym bohaterze – dwudziestopięcioletnim Arturze, który zadziwia swoimi ideałami i chęcią zmieniania świata, nawet siłą. Wydaje się być najbardziej dojrzały z rodziny i najpoważniejszy. Jako jedyny dostrzega wady i dziwactwa swojego otoczenia. Kontrastuje z jego „powagą” wybuchowy charakter, którym wielokrotnie zadziwia czytelnika. Jego przeciwieństwem jest Edek – mężczyzna prosty, który z niewiadomych przyczyn przebywa w domu Stomila, chociaż nie jest częścią rodziny. Jest postacią, która oburza swoim zachowaniem – brakiem zasad i kultury. To nieokrzesany dzikus, który ma przewagę nad innymi bohaterami tylko ze względu na swoją siłę. „Tango” to lektura, którą zapamiętam z przyjemnością. Czyta się ją niezwykle szybko i z radością – jest niezwykle relaksująca, mimo swojej społecznej tematyki ujętej w dramacie rodzinnym, który nadal jest aktualny. Zaskakuje i bawi, co jest chyba dobrym połączeniem w większości dzieł. Pozostaje tylko dziękować autorowi za ten utwór i… sięgnąć po jakiś kolejny. Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Another t. 1

Another t. 1 - Yukito Ayatsuji, Hiro Kiyohara Nie będę owijać w bawełnę - jestem wybredna, jeśli chodzi o anime, czy też mangę. Naprawdę niewiele jest takich, które trafią w mój – dość zmienny – gust. Gatunkowo najchętniej sięgam po horrory, jednak od czasu Jigoku Shoujo z niezwykłym klimatem, nie znalazłam nic, co wciągnęłoby mnie na więcej niż kilka odcinków lub rozdziałów. A teraz trafiłam na „Anothera”. Wiosną 1998 roku Kouichi Sakakibara zmienia miejsce zamieszkania. Przenosi się tym samym do nowej szkoły – Yomiyama North. Z czasem zauważa, iż zarówno uczniowie, jak i nauczyciele placówki zachowują się nietypowo. Nie zwracają bowiem uwagi na tajemniczą dziewczynę, siedzącą zawsze na uboczu. Atmosfera w szkole jest niezwykle gęsta – można kroić ją nożem. Stopniowo Sakakibara dowiaduje się, iż nie należy sprzeciwiać się woli klasy, gdyż może grozić to kolejnymi wypadkami. Jakie sekrety skrywa szkoła, a przede wszystkim klasa trzecia i… czy Sakakibara posłucha ostrzeżenia? Zazwyczaj mangi i ich animowane odzwierciedlenia podobają mi się w równoznacznym stopniu. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, gdy zorientowałam się ile subtelnych różnic wpływa na moją opinię o „Another” w tych dwóch materiach. Anime naprawdę przypadło mi do gustu, jednak manga… zdecydowanie bardziej mnie oczarowała, czego się nie spodziewałam. Jest to lektura typowo na kilka godzin, gdyż tajemnica i atmosfera ciągnie do przodu czytelnika w znacznie szybszym tempie, niż się na to zapowiadało. Sama fabuła mangi jest naprawdę dobrze skonstruowana, chociaż widać, iż jest to dopiero początek, który dodatkowo pokrywa się z anime, które pamiętam dość mgliście. Czuć niepokojący klimat, który zostawia czytelnika zaskoczonym na sam koniec, gdy przewraca on ostatnią stronę. Trzeba przyznać, że mimo wprowadzającej roli tomu pierwszego, napięcie wcale nie opuszcza przy czytaniu – wiesz, iż coś jest nie tak, a autorzy wcale nie próbują przybliżyć nam odpowiedzi. Rzucą jedynie mglistą informację, pozornie niepotrzebną, jednak… nie będziesz w stanie rozgryźć tajemnicy. Pod tym względem „Another” to jeden z moich ulubieńców. Kreska, która oczarowała mnie w anime – z jednej strony prostotą, z drugiej dokładnością – poruszyła mnie dopiero w mandze. To niezwykłe, jak bardzo się one różnią. Rysunki są wykonane z ogromną dbałością o niektóre detale, ale z drugiej strony zaskakujące są tła – bardzo proste, wręcz ascetyczne: niekiedy całe czarne lub białe. Dzięki temu mamy szansę jeszcze wyraźniej dostrzec bogactwo szczegółów. Rysunki dodatkowo bardzo wpasowują się w klimat historii – to one właściwie je tworzą i wspierają samą fabułę. Bohaterowie „Anothera” nie są jednak w pierwszym tomie wyraźnie scharakteryzowani. Jest to prawdopodobnie efekt słowa klucz tej mangi, czyli „tajemnicy”, jednak nadal czuć ten niedosyt. Chociaż wizualnie prezentują się znacznie lepiej, nadal nie potrafiłam poczuć z nimi więzi, co jest jednym z niewielu minusów tej mangi. Liczę jednak, iż ten błąd zostanie naprawiony w kolejnych tomach, gdzie autorzy postanowią przybliżyć nam postacie. „Another” to bardzo specyficzny horror. Nie leje się z niego krew, a trup nie ścieli się gęsto, tak jak to niekiedy miałam wrażenie, oglądając anime. Oszczędne operowanie tymi motywami i skupienie się na atmosferze wyszło jednak na dobre autorom, tworząc dzieło nietuzinkowe, które w jakiś sposób straszy bez brutalności. Z pewnością jest to manga warta uwagi nie tylko przez fana gatunku, ale również przez osoby, które cenią sobie dopracowany klimat w najróżniejszych historiach. Ja z pewnością sięgnę po kolejne tomy, do których mam naprawdę wielkie nadzieje. Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/

Opowieść Panny Młodej tom 1

Opowieść Panny Młodej tom 1 - Kaoru Mori „Opowieść Panny Młodej” to pozycja, która od czasu premiery zdobyła rzesze fanów. Jej całkowicie odmienna tematyka kusiła mnie od dawna. Pierwszy raz spotykam się z drastycznym odejściem od motywów spotykanych przeze mnie w mangach. Dzieło Mori Kaoru bowiem jest inne zarówno pod względem rysunków, jak i historii. Już samo jej wydanie – w twardej oprawie, a także zwiększonym formacie – podpowiadało mi, iż będzie to pozycja niezwykła. Nie trzeba było się długo zastanawiać. Kaoru Mori jest japońską mangaką, pochodzącą z Tokio. Tworzy pod pseudonimem Fumio Agata. Autorka jest znana z tak popularnych serii, jak „Shirley” oraz – wydane w Polsce – „Emma” oraz „Opowieści Panny Młodej” (Otoyomegatari). Rozsławiła swoje nazwisko nie tylko przez pracę nad mangami, ale również swych autoportretów. Rzadko udziela wywiadów, czy też występuje publicznie. „Opowieść Panny Młodej” opowiada losy dwudziestoletniej Amir, która wychodzi za mąż za Karluka – osiem lat młodszego od niej chłopaka. Z pozoru wydaje się, iż takie małżeństwo nie ma racji bytu, zwłaszcza, iż kobieta pochodzi z zupełnie innego świata. Musi porzucić swoje koczownicze plemię i zaaklimatyzować się w nowej sytuacji. Kiedy między tą uzdolnioną w łucznictwie i jeździectwie kobietą, a chłopcem zaczyna pojawiać się głębsze uczucie, zjawia się brat Amir, żądający unieważnienia małżeństwa. To, co urzeka mnie często w mangach, jest niezwykłą wymownością obrazu. Właśnie to oczarowało mnie w „Opowieści Panny Młodej”. Mangaka bowiem ograniczyła słowa i starała się przekazać treść rysunkami. Gdyby zebrać wszystkie dialogi na kartkę, nie jestem pewna, czy przekroczyłyby dwie strony. Ten minimalizm słów sprawia, iż ta pozycja jest niezwykle bogata w obrazy, które wyjaśniają wszystko. Tworzą one klimat – mamy wrażenie, iż znajdujemy się na stepach, gdzieś w małej społeczności. Z tego względu nie sposób zapomnieć po zakończeniu mangi o wspaniałej kresce autorki. Jest ona niezwykle detaliczna – rzuca w nas przepychem ornamentów, szczegółów, którymi niektórzy rzadko się kłopoczą. Jej rysunki są same w sobie opowieścią, wydaje się, iż są rzeczywiste. Sama historia nie wydaje się na początku porywająca – nie jesteśmy pewni tak naprawdę, na czym autorka będzie chciała się skupić. Szybko jednak okazuje się, że dla Kaoru Mori ważna jest nie sama fabuła, a przekaz jaki nosi – coś, co można odczytać z obrazu oraz kilku słów. Tym sposobem przedstawia nam historię innej kultury, jej przedstawicieli oraz – co było dla mnie niezwykle istotne – kobiety w innym świecie. Widać, iż autorka postanowiła niejako skupić się na pozycji płci żeńskiej w odległym świecie – obserwujemy je przy pracy, w domu, a kontrastem do nich jest właśnie Amira. Przyznam szczerze, że bardzo obawiałam się niepokojącej różnicy wieku w wątku miłosnym. Zazwyczaj, sięgając do literatury, mamy do czynienia z zupełnie innym przedstawieniem, odwrotnym. Ta kontrowersja jednak została przełamana przez subtelność, z jaką autorka podeszła do tematu. Dzięki temu nie wyczuwało się zgrzytów, czy też podejścia do tematu przez osobę współczesną. Chociaż postaciom nie poświęca się wiele słów, łatwo można je poznać dzięki bardzo realistycznej metodzie rysowniczej. Ma się wrażenie, iż są z krwi i kości. Mnie do gustu przypadła przede wszystkim Amira, będąca bohaterką unikalną w każdym calu. Zachwyca swoją delikatnością, pewnością siebie i otwartością. To po prostu dobra dziewczyna, którą śledzi się z przyjemnością. „Opowieść Panny Młodej” to oryginalna historia, która przypadnie do gustu zarówno starym wyjadaczom w temacie mangi, a także tym, którzy dopiero rozpoczynają swoją przygodę z tą formą czytania. Jest to w istocie od początku do końca dopracowany i skonkretyzowany pomysł, który zachwyca. Jeszcze nigdy nie miałam czegoś tak pięknego na półce. Pozdrawiam /ludzka-sokowirowka.blogspot.com/